Obserwatorzy
klauzula bezpieczeństwa
Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.
Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.
Online
poniedziałek, 11 listopada 2024
poniedziałek, 14 października 2024
Ciasto
Dzwoni do mnie kumpela.
- Hejka, co tam u Ciebie?
- A po staremu.
- A co robisz w ten weekend?
- Nie mam planów, wpadaj - mówię - uuuuu....... - i tu zawieszam się wdzięcznie. Chciałam powiedzieć, że upiekłam murzynka, ale... przez głowę przelatuje mi z prędkością światła i siłą wodospadu, że wszelkie rozmowy są podsłuchiwane, inwigilowane, monitorowane... To jak jak mam jej powiedzieć, że... UPIEKŁAM MURZYNKA?????!!!
- Hallo? Jesteś? - słyszę z drugiej strony
- No jestem... Drapię się po głowie, gryzę paznokcie i w końcu rzucam radośnie:
- To wpadaj, bo ciasto zrobiłam. - Ufffff...upiekło się (i nie mówię tu o cieście)
- Fajnie. A jakie?
Jakie? Jakie? I co ja mam powiedzieć?
-Yyyyyy... no wiesz... takie.. mąka, jajka, kakao?
- Brownie?
- Nieeeee.
- No to jakie? - Co ona taka dociekliwa się zrobiła. Prowokacja jakaś to ma być, czy co?
- Ciasto jak ciasto - rzucam udając obojętność - Takie tam... Jak babka tylko z kakao, noooooo... wiesz...
- Murzynka upiekłaś?
To po nas. Po mnie i po niej. Już nas nic nie uratuje. Mają nas. Namierzą. Zamkną do klatki... Oczyma duszy już widzę tych przystojnych policjantów wpadających do mnie razem z drzwiami, rzucających mnie na podłogę i skuwających kajdankami... Wizja fajna, ale drzwi szkoda... Coś trzeba zrobić, więc ryczę do słuchawki:
- Nie murzynka!!! Nie murzynka!!! AFROAMERYKANINA upiekłam!!
W telefonie zapada cisza, a potem dźwięk zerwanego połączenia. No tak... Za późno... namierzyli...
K......a . A było upiec drożdżówkę.
Na świecie nie ma równowagi. W jednych krajach nagminnie i bezczelnie łamie się prawa człowieka, ludzka godność nie ma wartości, a honor, uczciwość, tolerancja, szacunek dla jednostki ludzkiej deptany jest bardziej niż molo w Sopocie. A w innych... tolerancja puchnie i jeży się jak rozdymka. Absurdy i paranoje mnożą się niczym kolejna odsłona covida... Kilka przykładów? A proszę uprzejmie.
Tytuł powieści Agaty Christie ulega zmianie, coby było poprawnie politycznie.
W dziwacznym filmie Netflixa Bridgertonowie, gdzie rzecz się dzieje czasach regencji czyli wieku XIX arystokracja jest czarna, a służba biała. Łooooj... Wytrzymałam jeden odcinek. Przekłamanie i wybielanie. I chyba tylko niedouczony tłuk albo pokolenie tik toka może łyknąć takie bzdety. Na marginesie wspomnę, że w Stanach w latach 50-tych nadal funkcjonowały oddzielne toalety dla czarnych. To jakim żesz kuf....a cudem w XIX wieku czarni mogli być arystokracją? Że niby fikcja? To ja wolę fikcję fikcyjną - trole, elfy, smerfy, krasnoludki, smoki... przynajmniej wiem, że nikt mi kitu nie wciska, prania mózgu nie próbuje robić ani leczyć sobie wiekowych kompleksów rasowych.
Że niby rzeczywistość alternatywna? Nie kupuję! Chcecie rzeczywistości alternatywne to łyknijcie sobie pigułę stosownego koloru i wpadajcie do Matrixa! Promowanie przekłamanej wizji świata niedouczonym hamerykańskim (a może i nie tylko) kołkom jest jak mówienie pływającemu w szambie, żeby myślał, że brodzi wśród jaśminów.
P.S. Nawet tworząc teraz obrazy do tego posta okazało się, że.. naruszam politykę. Przepraszam. Postuluję usunąć słowo CZARNY ze słownika. Będzie prościej! I wybaczcie, że jestem BIAŁA i zrobię wszystko by być jeszcze bielsza!
Nooo.. To... Idę zrobić makijaż...holenderscy policjanci potrafią być mega przystojni...
sobota, 10 sierpnia 2024
A na to całe Kargulowe plemię... czyli horror na wsi.
Najpierw było jakieś dziwne burczenie. Lekkie. Nie nasuwające podejrzeń. Potem obrzydliwa wielka mucha w kieliszku wina. Wylałam. Umyłam kieliszek uzupełniłam płyn... Burczenie przemieniające się w bzyczenie narosło. Wyhynęłam na korytarz z obawą, że kot rozwleka jakieś gniazdo os. Ucieszyłam się, że to nie osy tylko ściana much dziwiąc się jednocześnie skąd tego cholerstwa tyle się wzięło. Pozamykałam okna. Zamknęłam wywietrzniki. Ruszyłam do ataku z łapkami na muchy niczym wojownik Hwarang. Rzuciłam się w wir walki - biegałam wymachując łapkami, tłukłam wroga znacząc krwawe ślady na firankach, zasłonach i ścianach. Trup ścielił się gęsto! W powietrzu unosił smród spalenizny. Niestety elektryczny miecz, znaczy się łapka nie wytrzymała kontaktu ze ścianą. Walczyłam dalej machając teleskopową łaką. Ale i ona nie wytrzymała zmasowanego ataku wroga... Trudno.
Nalałam sobie ostatni kieliszek wina i raczyłam się serią bezbolesnych filmików. Głupich idealnie. Wiecie, takich co to wieczorem oglądasz a rano za cholerę nie pamiętasz co to było :) No dobra, coś tam pamiętam. Jeden to Something Gotta Give (nie mam pojęcia jaki to polski tytuł ma) z Keanu Reevesem, Diane Keaton i Jackiem Nicolsonen, a drugi z Meg Ryan, robiącą głupie miny i mszczącą się na byłym facecie. Piękny film... Głupi idealnie... Choć przyznaję... inspirujący... Obawiam się jednak, że w realu ex zaraz by o stalking posądził i skończyłoby się długim ciąganiem po sądach zamiast wściekłej satysfakcji.
| Ilustracja stworzona dzięki IDEOGRAM |
wtorek, 6 sierpnia 2024
Czarna dziura
Pisanie... Kuszące, ale... praca, obowiązki, odpowiedzialność, rachunki. Mrzonki o pisaniu wyrzucane jak obierki ziemniaków. I co z tego, że to lubię? I co z tego, że może nawet potrafię? Trzeba być rozsądną, prawda? Głos matki "i tak ci się nie uda", głos brata "pierdołami się zajmujesz" i te ciągłe głosy "kariery tak nie zrobisz i kasy z tego nie będzie". I dałam sobie wmówić, że robienie czegoś co sprawia radość i jest dla mnie litereoterapią to fanaberia. Jak życie....
Więc kolejna praca, kolejne korpo. Chodzenie w kieracie, który każdego dnia przerabiał mnie - pomarańczę na świeży sok, aż skończyłam tak jak każda pomarańcza. Wyciśnięta do ostatniej kropelki.
Stoję teraz przed ścianą i walę głową. Łup, łup, łup. Metodycznie. Miarowo. Szukam wyjścia, ale bezskutecznie. Padam na kolana i tłukę dalej. Łup, łup, łup. Metodycznie. Podobno, gdy Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno. Gdzieś powinny być drzwi.?A może okno? Może chociaż mały lufcik?
Czekam, aż ktoś powie "wstań i walcz, a ja będę przy tobie". Rozglądam się. Są tylko ściany. Jedna... druga... trzecia... czwarta. Prawie słyszę ich oddech, gdy się do mnie zbliżają szepcząc - i tak ci się nie uda. Znowu zj....ś. Nie byłaś pierwsza...
Mają rację? Pewnie tak. Bo obecnie nawet jak będziesz Masterem wyginającym śmiało ciało vel pióro, to musisz się sprzedać. Nie potrafisz... Pufff... Cię nie ma. Pewnie kiedyś też tak było. Tylko teraz...
To pisałam ja... (nie)sprzedajna... Ale jak wiecie, wszystko jest tylko kwestią ceny.
niedziela, 21 lipca 2024
Kobieta w fioletowej spódnicy
| Zdjęcie wygenerowane dzięki uprzejmości TimAI i Ideogram. |
sobota, 20 lipca 2024
Gotowi na wszystko...
| Wygenerowane dzięki współpracy TimAi i Ideogram. |
Gdybym miała zrecenzować tę oto książkę jednym zdaniem napisałabym - Run Forest, run! Byle szybko i daleko od tego tworu! No dobrze, wyszły mi dwa zdania. Agata Przybyłek, autorka "Gotowych na wszystko" miała dosyć ciekawy pomysł. Wzięła żądną sławy, marzącą, aby zostać "selebrytką" blondynkę i wrzuciła ją do reality show dla narzeczonych. Tyle że Paula, bo tak się wabi to nieszczęście, narzeczonego nie miała. Przygarnęła zatem dawnego przyjaciela, nomen omen posiadającego już narzeczoną - Zuzę. I to jest, moi drodzy już cała akcja i fabuła.
Reasumując tą kusą recenzję - książkę zmęczyłam tylko dlatego, że zżerała mnie chora ciekawość sprawdzenia jak nisko można upaść. A jak zmęczyłam... tak..byłam już gotowa na wszystko! Zażycie środków przeczyszczających, sprowokowanie wymiotów, a nawet skoczenie z klifu jeśli takowy napatoczyłby mi się w okolicy.
piątek, 12 lipca 2024
Reset... czyli powrót do blogowania
wtorek, 28 czerwca 2022
Jak u Chmielewskiej czyli w objęciach Alzheimera
Powiem tak - to co śmieszyło mnie jako nastolatkę, śmieszy nadal acz niektóre sytuacje przestają być humorem a zaczynają być życiem życiowym. Nie to, że z szafy nagle zaczęły mi trupy wypadać, ale...
Czytaliście może "Wszystko czerwone"? Przemilczę, że przez lata całe w mojej szafie gościły w przewadze czerwone bluzki, sukienki, spódnice, torebki, buty, spinki, kapelusze i inne takie. Kobieta zmienną jest i obecnie idę raczej w fiolety i czernie.
OK... miało być o Chmielewskiej. Ale jak wiecie, ja to panna dygresyjna jestem.
Jedna z głównych postaci wyżej wymienionej książki - Alicja, jest osobą potrafiącą zgubić w domu trzymetrowy karnisz. Rzutka, bystra, acz roztrzepana. Lat temu 30 czytając to dziwiłam się jak też można być tak... zakręconym. Obecnie... zgubienie karnisza wydaje mi się rzeczą wielce prawdopodobną. Może zagubienie kanapy - takiej użytkowanej uznałabym za rzecz lekko zadziwiającą, ale nie dam sobie za to ręki uciąć.
Jakiś czas temu wybrałam się z Frankiem do weterynarza na kontrolne szczepienia. Pani weterynarz okazała się Polką, więc sobie miło pogawędziłyśmy, kot został zaszczepiony, dostał nowy paszport, bo poprzedni wraz z wszystkimi kocimi dokumentami posiałam gdzieś podczas przeprowadzki. Jak siebie znam, to pudło z dokumentami Franka schowałam tak, żeby było logicznie i prosto je odszukać. Właśnie... Po wizycie w recepcji umówiłam kolejne spotkania, zapłaciłam, grzecznie się pożegnałam i wyszłam. W połowie drogi na parking poczułam, że jakoś tak mi się dziwnie lekko maszeruje. Lekko... Zapomniałam zabrać kota z weterynaryjnej poczekalni.
Pewnego razu, po przeprowadzce do obecnego domu naszło mnie na zrobienie pierogów. Czasem człowiek cierpi na nadmiar czasu (sic!) i chęć zjedzenia pierogów o znanej mu zawartości, bez ślepego wierzenia w słowo pisane z foliowego opakowania. Zrobiłam farsz, przygotowałam ciasto i postanowiłam wyciągnąć stolnicę. Skubana gdzieś się schowała. Dokonałam retrospekcji przypominając sobie kiedyż to, ach kiedyż używałam jej po raz ostatni. Wyszło mi, że moja pamięć jest wybitnie krótkoterminowa. Niczym wędlina nabyta w polskim sklepie... Przeszukałam szafki, w których stolnica prawa nie miała się zmieścić. Kontynuowałam zabawę w chowanego i przeszukałam schowki i strych. Nie ma. Przeszukałam nawet samochód. Pojechałabym nawet do starego domu, gdyby nie fakt, że sprzedany został i dokumentacja zdjęciowa pokazała mi, że stolnicy też tam nie było.
poniedziałek, 21 marca 2022
Jak zostać alkoholikiem.
niedziela, 6 marca 2022
Kompatybilnie... l'enfer
Ça fait d'jà ça d'moins dans la tête
Et si j'comptais, combien on est
Beaucoup
Tout ce à quoi j'ai d'jà pensé
Dire que plein d'autres y ont d'jà pensé
Mais malgré tout je m'sens tout seul
Du coup
Et j'en suis peu fier
On croit parfois que c'est la seule manière de les faire taire
Ces pensées qui nous font vivre un enfer
Ces pensées qui me font vivre un enfer
Et la chaîne culpabilité?
Mais faut bien s'changer les idées
Pas trop quand même
Sinon ça r'part vite dans la tête
Et c'est trop tard pour qu'ça s'arrête
C'est là qu'j'aimerais tout oublier
Du coup
Et j'en suis peu fier
On croit parfois que c'est la seule manière de les faire taire
Ces pensées qui me font vivre un enfer
Ces pensées qui me font vivre un enfer
Et je sais vraiment pas quoi faire de toi
Justement, réfléchir
C'est bien l'problème avec toi
Tu sais j'ai mûrement réfléchi
Et je sais vraiment pas quoi faire de toi
Justement, réfléchir
C'est bien l'problème avec toi
czwartek, 23 grudnia 2021
Mag i Krav Maga
Cisza w eterze. Ale jeśli ktoś po ostatnim poście martwił się o moje życie i zdrowie (o ja naiwna), to śpieszę donieść, że żyję. Choć historia opisana wcześniej miała niestety swój ciąg dalszy.
Bohater poprzedniego odcinka został wyrzucony z pracy (w sumie z pracy to sam się wyrzucił) i służbowego mieszkania. I wydawałoby się, że po problemie. O ja naiwna.
Dwa dni po incydencie czekał na ulicy z rachitycznym bukiecikiem w celu przeproszenia i rozmowy. Normalny człowiek załatwiłby sprawę wchodząc do firmy, a nie warując na rogu. Wydarłam się, że ma odejść, nie podchodzić, że nie chcę z nim rozmawiać i nie potrzebuję jego przeprosin. Normalny człowiek by zrozumiał, ale małolat do normalnych nie należy. I lazło toto za nami (na szczęście szłam z koleżanką), a że szłyśmy do podziemnego parkingu uznałyśmy, że bezpieczniej będzie wrócić do biura. Szef się wściekł ,wezwał policję, a sam ruszył, żeby toto złapać. Złapał i wstrząsnął nieco. Policja przyjechała i wstrząsnęła mną.
Pani policjantka poinformowała mnie z miną, jakby patrzyła na spluwaczkę dla gruźlików, że moje słowo przeciwko jego słowu, a jakby znowu się pojawił to mogę oczywiście to zgłosić, ale sądowa procedura zakazu zbliżania jest długa i kosztowna. Z tą samą miną niczym do gangstera w amerykańskim filmie, względnie upośledzonej umysłowo co drugie zdanie powtarzała : DO YOU UNDERSTAND? DO YOU UNDERSTAND? Tak, zrozumiałam. Agresor i przestępca, względnie zboczony psychol ma być traktowany godnie, a ofiara ma co najwyżej prawo do godnego pochówku. Za który rzecz jasna sama zapłaci.
Finalnie młodziak zniknął z horyzontu (i oby tak zostało), ale to zapewne dlatego, że przemówiła do niego wstrząsowa terapia mojego szefa, a nie łagodność policyjnej połajanki.
Wiedząc, że na policję nie ma co liczyć, a szef nie będzie mnie do końca życia przyprowadzał i odporowadzał na parking niczym dziecko do przedszkola zapisałam się na Krav Magę. Po pierwszej lekcji próbnej byłam zachwycona. Po kolejnych zresztą też. W przeciwieństwie do tradycyjnych sztuk walki jest szybciej przyswajalna i skuteczniejsza. Zasady są proste - unikaj miejsc niebezpiecznych (co prawda nawet własny samochód jak się okazuje może stać się pułapką). Po drugie jak już jesteś w takim miejscu - to oddal się najszybciej jak się da. Po trzecie, jak nie możesz uciec - to walcz używając wszystkich dostępnych środków, umiejętności i narzędzi. Bez pardonu, litości i współczucia. Bij w skronie, uszy, wbijaj paznokcie w oczy, gryź i kop w te części ciała, które niektórzy obnażają. Nigdy nie sądziłam, że założenie rękawic bokserskich i okładanie nimi, kopanie oraz rzucanie przeciwnikiem o ziemię może być takie... relaksujące i przyjemne. Widać drzemią we mnie nieodkryte pokłady psychopatii :)
I tu następuje kolejny przypadek - wypadek. Bo przecież u mnie nic nie może być łatwo i bezproblemowo. Po jednym z treningów zbieraliśmy maty rozłożone na podłodze i układaliśmy je na specjalny wózek. I tak się zdarzyło, że ten wózek najechał mi na stopę. Cóż... zerwało mi skórę z palca a paznokieć został w skarpetce. Rana się wygoiła i wróciłam na treningi. I tu następuje kolejne prawo serii rzucającej kłody pod nogi, bo dopadła NL koleina paranoja covida i chmara restrykcji zakazujących. Szczepionki, kody, a finalnie totalny lockdown. Czekam na godzinę policyjną i strzelanie do niezaszczepionych.
Ale żeby nie było, że blog robótkowy bez robótek śmiga, wrzucam foty kardiganu, co to się robi powoli, mozolnie i ospale.
Tak wiem zdjęcia wołają o pomstę do nieba i więcej światła. Ale cóż... taka pora - rano ciemno, po południu ciemno, a w ciągu dnia albo jestem w pracy, albo szaroburo... Oby do wiosny!
środa, 6 października 2021
Z życia Intercedente czyli czemu nie należy pomagać Polakom
Pracuję w biurze. Nie dźwigam ciężarów, nie pokonuję 20 kilometrów dziennie, nie chodzę uwalona farbami... Jak miło... Pracuję w biurze. Mogę nosić czyste ubrania, sukienki i buty na obcasie. Jak miło... Rekrutuję ludzi, albo raczej to co się ludźmi mieni. Noooo... to zrekrutowałam taki jeden element. Problemy trochę na własne życzenie czyli na okoliczność mientkiego serca i konieczności - bo ludzi do roboty nie ma i łapie się każde gówno, które się napatoczy. Gówno podczas rekrutacji nie śmierdziało za bardzo. Raczej było niczym mięsko w sklepie, co to niby ma jeszcze ważny termin przydatności do spożycia, ale budzi poważne obawy co do konsumpcji. Przekładając z konsupcyjnej metafory na życie rekrutera - płynie opowieść jaki to biedny i nieszczęśliwy, i pracę stracił, i w innym biurze go nie chcą, i mieszkać nie będzie miał gdzie, i w ogóle i w szczególe - świat przeciwko niemu... To się go bierze. Bo ludzi do roboty nie ma, a serce za miekkie.
Mija tydzień i gówno z jednej firmy wylatuje. W sumie nawet nie bardzo wiadomo dlaczego, ale cóż... nasz klient, nasz pan - tłumaczyć się nie musi. Gówno idzie do innej. A tam mu się nie podoba... Oj... Pewnie poszedłby do trzeciej, a może i do czwartej i piątej gdybyśmy takie firmy co to gamoni władających jeno polskim językiem (a i to bez zrozumienia) potrzebują. A tu akurat posucha.
Odwożę element z firmy do domu i komunikuję gamoniowi, że pracy dla niego nie mamy i z firmowego mieszkania musi się wyprowadzić. I tu następuje tak zwane katharsis. Element zaczyna mi się w samochodzie rozbierać. Jadę. Na drogę patrzę, na rondach kręcę, na wszechobecne rowery uważam. I w którymś momencie kontem oka widzę, że gówno, gamoń vel patologia eksponuje swoje... genitalia. Mordę wydzieram, że ma się odziać. Raz. Drugi. Trzeci. Nie dość, że głupi to widać jeszcze głuchy. Dopiero chwycienie za telefon i informacja, że dzwonię na policję skutkują. Zatrzymuję się każę mu wysiadać. Raz. Drugi. Trzeci. W końcu wydzieram się - wypierdalaj z mojego samochodu. Głaszcze mnie po ramieniu jakbym to ja, kurwa miała problem. Nie dotykaj mnie i wypierdalaj z mojego samochodu!
Niby środek miasta, niby dzień, a ja zaczynam mieć atak paniki. I myślę sobie - co ja takiego zrobiłam? Dlaczego? Czemu mnie się to przytrafiło? Bo lakier na paznokciach mam czerwony? Bo nie drę mordy zaraz po "dzień dobry"? Bo pomogłam komuś, kto na to nie zasługuje? I wreszcie - czemu to ja czuję się jak gówno? A potem - no przecież nic się nie stało. Przesadzasz. Dasz radę. Silna jesteś.
Cóż... wyrzucę go na ulicę. I nie będę mieć wyrzutów sumienia. A następnym razem - serce utwardzę żywicą epoksydową.
Na facebooku roi się od takich biednych pokrzywdzonych, którym biura pracy krzywdę robią. Nikt nie wyrzuca ludzi na ulicę bez powodu. Ale żaden z nich nie przyzna się, że coś ukradł, zdemolował, do pracy nie chodził, chlał na umór itp. itd. Cóż... Jesteś gównem i do szamba wrócisz.
Pewnie za jakiś czas wyda mi się to śmieszne. Kolejna historyjka, którą można będzie zabawiać znajomych. Ale teraz... Ale teraz... nie jest mi do śmiechu. Nomen omen niedawno koleżanka powiedziała, że z takimi opowieściami to powinnam zostać stand upperką. Kto wie... Na razie, żeby być stand up muszę być rise up. Tak mi dopomóż Bóg i Buspiron.
sobota, 26 czerwca 2021
Tak krawiec kraje jak mu materii staje czyli uszyj sobie namiot.
Dietę lekko zmodyfikowałam, włączyłam ćwiczenia i kilosów z lekka zaczęło ubywać. Jednak okazało się, że brakuje mi ciuchów, w których mogłabym wyjść między ludzi. Ostały mi się dwie sukienki w których wyglądałam jak człowiek a nie bomba atomowa. Nabycie czegoś co spełniałoby moje mocno wygórowane wymagania tradycyjnie okazało się niewykonalne. Świat i sklepy oferowały mi worki, albo worki, albo worki. Dziękuję, ale i tak już czuję się jakbym pokutę odbywała.
Trudna rada, trzeba szyć. Polazłam zatem na strych, pogrzebałam w pudłach z materiałami i wyciągnęłam coś na czym będę eksperymentować. Szczęśliwie znalazły się jakieś kawałki satyny i bawełny nabyte nie wiem kiedy i po co. To czas na szukanie wykroju. Miało być luźno, ale nie workowo, prosto, bez zamka (wszywanie zamków w satyny to dla mnie męka), i na tyle uniwersalnie abym mogła to nosić zarówno teraz jak i wtedy, gdy wrócę do mojego XS (ciągle się łudzę).
Przypomniało mi się, że dawno temu mama uszyła mi józefinkę, którą uwielbiałam i nosiłam aż do zdarcia. Dosłownie. I to jest to! Dopasowana na górze, odcinana i luźna na dole... Ideał.
Przewaliłam wszystkie Burdy, przetrząsnęłam pinterest i... kicha. Jak w sklepach. Znowu albo pojawiała się kwestia zamka, albo jak to w oryginalnych empire dress - guziczków czy sznurowań. A tak się składa, że służącej vel pokojówki coby mi te guziczki na plecach zapinała nie posiadam. A szkoda.
Nie ma wykroju? To go sobie zrobię. Wymyślę. Taaa...
poniedziałek, 31 maja 2021
Wyjątkowo zimny maj czyli długi post ogrodniczy
Pogoda w tym roku nie rozpieszcza. Koniec maja, a temperatury ciągle oscylowały w granicach 15 stopni. I dopiero od piątku zrobiło się nieco cieplej. Do tego nieustanne deszcze, zimne wiatry... Eeeeech... Ogrodnicze plany szlafił trag, bo ogórki i pomidory w normalnych holenderskich warunkach planowałam wysadzić do gruntu na przełomie kwietnia i maja, a sadzonki nadal tkwią w mieszkaniu doprowadzając mnie do szewskiej pasji.
![]() |
| Część domowej kolekcji sadzonek. |
W pogodowym serialu "zdążyć przed deszczem" udało mi się na raty wyplewić ogródek, posadzić około 70 mieczyków i lilii oraz dosadzić kilka roślinek. Pandemia pokrzyżowała mi plany nasadzeń, bo kilka roślin, które sobie wymarzyłam okazało się nie do zdobycia. Ludzie siedzą w domach i z nudów grzebią w ogródkach. Nie udało mi się zdobyć ceanothusa (prusznika), białej forsycji, callicarpy, oczaru w kolorze ametystu, akebii i tamaryszka. Porzuciłam nadzieje na zdobycie krzewu pigwy w przyzwoitej cenie o satysfakcjonującej mnie wielkości. Upolowałam za to dwa osmanthusy, trawy liriope, ciemnofioletowy bez, pieris, różową trawę pampasową oraz... judaszowca, który jak na razie ciągle świeci gołymi gałązkami.
Ogródek wzbogacił się o gruszkę nabytą w Aldim. Kupiona za komiczne pieniądze, zapakowana w jutowy woreczek, który po otworzeniu ukazał jakieś dziwne trociny, z których wyłaniały się rachityczne korzenie. Nie miałam zbyt wielkich złudzeń, że coś z tego drzewka będzie, ale wydarzył się mały cud i produkt z Aldiego wypuścił listki. Alleluja!
![]() |
![]() |
| Goździki brodate z ubiegłego roku. A wydawało mi się, że są jednoroczne. |
![]() |
| Perukowiec jeszcze przed zawiązaniem puchatych kwiatów. |
![]() |
| Rododendron. Większy krzak dopadło jakieś brązowienie liści i pąków i obawiam się, że będę musiała się go pozbyć. |
![]() |
| Fuksje z Lidla. A w rogu hartujący się pomidor. |
![]() |
| Ogólny widoczek na zieleniący się ogródek. Tulipany kwitły dokładnie miesiąc. |
W sklepie z nasionkami zaopatrzyłam się w przeróżne, nietypowe zioła między innymi białą szałwię. Niestety jakość nasion okazała się żenująca. Większość w ogóle nie wykiełkowała, a te które się wykluły pojawiły się w ilości max 3 sztuk. No cóż... więcej tam nic nie zamówię.
![]() |
| Zdjęcie pochodzi z pinterest https://pl.pinterest.com/pin/574842339943352613/ |
niedziela, 23 maja 2021
Myszka Pudzianka
Jestem a jakoby mnie nie było. Życie dopadło. Chwyciło za gardło i trzyma. Post z Myszowatą zrobioną już jakiś czas temu, ale nie było czasu i siły... Dopada to co było. Wspomnienia... Stare traumy, nowe problemy. Brak energii paraliżujący bardziej niż covid 19. Wściekam się na siebie i okoliczności życiowe, że nawet brak czasu i sił, aby zaglądać na obserwowane blogi. Życie.... Czy to jest życie? Czy może raczej walka o przetrwanie? Fight for life...
Myszowata... Duża wyszła. Jak na mysz domową obronną przystało. Dziergana z elementów robionych na płasko i zszywanych. Oj...
![]() |
| Się suszą... Jako suszarka (całkiem nieźle się zresztą spisująca) wystąpiły gąbki z ogrodowych poduch osłonięte prześcieradłem. |
![]() |
| Myszka elegantka większa od kota i dwulatki. |
![]() |
| Ta sama mysz, w innym ubranku. |
Zabawka powstała według projektu Knitted Animal Friends Louise Crowther. O ile życie zwolni, to powstaną inne zwierzątka.
Chciałam napisać coś błyskotliwego, zabawnego, stawiającego do pionu. Bo pisanie to zawsze była terapia. A tu co? Życie... Płasko jak w Holandii, szaro jak w Polsce.... Życie... Tak... trzeba czasu by wrócić do normalności, zapomnieć, wybaczyć itp... A mijają kolejne lata i nic się nie zmienia. Ale będzie dobrze, prawda?
piątek, 11 grudnia 2020
Kinderdijk czyli moje śniadanie u Tiffany'ego
Korzystając z wczorajszego słonecznego dnia, spontanicznie po zrobieniu zakupów podjechałam do Kinderdijk. Ci co mnie znają wiedzą, że na punkcie wiatraków mam kompletnego fioła.
Hen dawno temu, bodaj w Woerden trafiłam na wiatrak idealny. W moim ulubionym "fasonie", z balkonem dookoła (zapewne ma on swoją fachową nazwę), czarny i majestatyczny. Zatrzymałam samochód na środku ulicy, wylazłam i stałam gapiąc się jak totalny debil. Jak już się napatrzyłam, ochłonęłam a widok wiatraka wchłonęłam w siebie odwróciłam się i... za mną stał wóz policyjny. Pomyślałam, że za przyjemności vel głupotę trzeba będzie teraz zapłacić, bo spowodowałam zagrożenie, bo ruch zatamowałam... Policjanci może i mieli ochotę mnie pouczyć, ale na widok mojej rozanielonej i szczęśliwej gęby dostali takiego ataku śmiechu, że tylko machnęli ręką, żebym jechała.
Kinderdijk i wiatraki to dla mnie jak śniadanie u Tiffany'ego dla Holly Golightly. Uspakaja, oczyszcza umysł, daje taką pewność (a choćby nawet i złudną), że wszystko będzie dobrze. A ostatnio wyjątkowo tego potrzebowałam.
Zatem podzielę się z Wami tymi wczorajszymi widokami. Może i Wam pomogą one odskoczyć od ponurej rzeczywistości, jesiennej szarugi i smuteczków wypełzających zewsząd niczym holenderska mgła...
Podczas tego godzinnego spaceru po głowie tłukła mi się ciągle ta piosenka:
Nie wiem czy Bóg jest DJ-em, ale jak dla mnie jest on w ruchu skrzydeł pracującego wiatraka, szumie trzcin, zapachu lekko zmrożonej trawy, kluczu ptaków przelatujących niewyobrażalnie nisko nad głową... This is my church.






































