Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online

sobota, 5 sierpnia 2017

Love is in the air albo rainbow delirium.

W sklepie z gatunku mydło i powidło wypatrzyłam włóczkę. Rzuciły się na mnie cieniowane kolory tęczy. Pomacałam. Mięciutkie i milutkie. Chcę. Chwyciłam w garść ostatnie 2 motki i wiedząc, że moje ci one są zaczęłam studiować banderolę. Moje zdumienie nie miało granic, gdy okazało się, że to stuprocentowy akryl. Pomacałam jeszcze raz. Nic nie chrzęści, nie szeleści i nadal zachwyca miękkością. Nabyłam. Czasem człowiek musi, inaczej się udusi. Ot, miłość od pierwszego wejrzenia.

Dopiero po przywleczeniu do domu naszła mnie refleksja co ja z tym maziajstwem cieniowanym zrobię? A no, moją kolejną miłość - chustę!
Postanowiłam iść na całość i wydumać coś własnego. Przyznam się, że za gotowymi wzorami nie przepadam. Najpierw rozkminianie wzoru, lub schematu i choć dziergam od dzieciństwa to nie zawsze rozumiem, co też autor wzoru ma mi do powiedzenia. I kolejny problem przy takich wzorach pojawia się gdy pada - ale to fajne, zrobisz mi też? Zapłacę. Jedno to robić dla siebie, drugie to zrobić i podarować, ale przy dzierganiu za mamonę to już się we mnie moralne wątpliwości pojawiają. A jak robię coś z głowy, czyli z niczego ten dylemat mi odpada. Co prawda nie nastawiam się, że kobity na ulicy będą się na mnie rzucać i domagać robienia czegoś podobnego, ale... jak miło  stworzyć coś własnego. Nawet jeśli ten twór daleki jest od doskonałości.

I tak oto przetrząsnęłam chaszcze internetu poduczając się jak zabrać się do stworzenia swojej pierwszej "autorskiej" chusty. Łapy mi się trzęsły jak zaczynałam robić, łapy mi się trzęsły jak planowałam wzór, łapy mi się trzęsły jak robiłam falbankę (w tym przypadku ze zmęczenia ilością oczek). Może chusta miast "love is in the air" powinna nazywać się "rainbow delirium "?

Tak jak Mil Pasos jest chustą z historią tak i moja chusta ma być jak ta tęcza po burzy- z nadzieją, że w końcu i dla mnie zza chmur wyjdzie słońce. Na razie... ciągle pada...


Niech Was nie zwiedzie to słońce w tle. Nie mam złudzeń, że to chwilowa atrakcja. 

Druty nr 4 knitpro. Schemat ażurowych serc znaleziony na pinterest. Oczka dobierane równomiernie na środku. Ażur wychodził mi jakiś taki inny niż ten znaleziony. Prułam i kombinowałam. W końcu poddałam się. Po przerobieniu 3 rzędów serc spłynęło na mnie olśnienie, że przerysowując schemat na papier, bo drukarka odmówiła współpracy, zapomniałam o środkowej części przedostatniego rzędu wzoru. Głupota nie wybiera, wybierz Pickera. Zostawiłam z tym błędem ku przypomnieniu, że nikt nie jest doskonały.
Zbliżenie na serducha. Średnio widać. Fotograf ze mnie beznadziejny.

Po skończeniu chusty naszła mnie refleksja, że cieniowania włóczki wyglądałyby lepiej w formie baktusa tak jak w filmie poniżej, ale jakoś nie miałam serca tych serc pruć :)


Efekt... Oceńcie. Bardzo proszę o łagodny wymiar kary inaczej będę musiała... się upić i dostać kolejnego delirium :)


Pewnie tematycznie pasowałaby tu bardziej piosenka "Love is in the air" Johna Paula Younga, ale i tak wrzucę moje kolejne odkrycie - Loreena McKennitt (po małej modyfikacji robi się bardziej dziewiarsko - Loreena McKnitt, prawda?) :)