Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online

niedziela, 4 października 2026

Korean Festival 2026

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że od jakiegoś czasu jestem wielbicielką wszelkiej koreańskości. I tak oto 11 września trafiłam do Grote Kerk w Hadze na Korean Festival 2026, organizowany przez Ambasadę Republiki Korei.





Już samo miejsce robiło wrażenie. Monumentalne wnętrze starego kościoła, a w środku koreańska kultura, smaki, dźwięki i zapachy. Trochę nieoczywiste połączenie, ale właśnie dlatego działało.

Największym wydarzeniem był dla mnie oczywiście pokaz taekwondo. Nie bardzo wiem czemu, ale zakodowało mi się w czerepie, że wystąpi jakaś grupa z okolic Hagi. Ot, zwykły klub sportowy. Podczas pokazu zaczęłam się jednak zastanawiać, skąd ci „chłopcy z Holandii” mają taki poziom. Sprawność, technika, perfekcyjna organizacja — wszystko było o kilka półek wyżej, niż się spodziewałam. To nie był zwykły pokaz. To było SHOW. Muzyka idealnie zsynchronizowana z ćwiczeniami, epicka, grająca na emocjach. Wiecie… przez chwilę człowiek czuje się trochę jak w scenie z „Gladiatora”. Do tego świetny kontakt z publicznością i całość przygotowana tak, że trudno było oderwać wzrok.

Trochę tylko dziwiło mnie, że lokalny klub prezentuje aż taki poziom, skąd oni wynaleźli w Hadze tylu Koreańczyków i dlaczego po wszystkim ludzie ustawiają się po autografy. Dopiero po powrocie do domu wygooglowałam, kogo właściwie miałam przyjemność oglądać.

Kukkiwon Taekwondo Demonstration Team. Czyli pokazowa drużyna Kukkiwon — światowej centrali taekwondo. No cóż. Moja własna mała komedia pomyłek.





Korea to oczywiście nie tylko taekwondo. Korea to także kosmetyki. I tak, oczywiście nie obyło się bez zakupów. Wiadomo. K-beauty. Są the best i nie zamierzam nawet udawać, że potrafię przejść obok takich stoisk obojętnie.


Korea to także jedzonko. Eeech… jedzonko. Udało mi się wreszcie spróbować koreańskiego corn doga. Parówka w cieście, ketchup, musztarda i… cukier puder. Brzmi podejrzanie? Trochę. Smakuje dobrze?O dziwo — bardzo.  Jakim natomiast cudem udało mi się przegapić bungeoppang — ciastka w formie rybek wypełnione słodką pastą z czerwonej fasoli — naprawdę nie wiem.

Spędziłyśmy tam prawie cały dzień, stoiska mijałyśmy kilka razy, więc najwyraźniej spłynęła na mnie pomroczność jasna. A szkoda. Od czasu kiedy oglądałam, jak Kwak Dong-yeon przygotowuje je w „The Village Barber” z Park Bo-gumem, bardzo chciałam ich spróbować.

BTW — sam Park Bo-gum też był tego dnia obecny. No, powiedzmy… w wersji ekranowej. To właśnie on był twarzą promocyjnych filmików reklamowych emitowanych na ogromnych telebimach w przerwach między kolejnymi punktami programu. Co się odwlecze, to nie uciecze. Bungeoppang następnym razem. Kto wie, może nawet z Kwak Dong-Yoen, Park Bo-Gum lub...eeeh...pomarzyć dobra rzecz.


Był też pokaz przygotowywania baek kimchi, czyli białego kimchi. Niby nic zupełnie nowego dla kogoś, kto już sam bawi się w robienie kimchi, ale podpatrzyłam kilka trików, które na pewno wykorzystam przy następnej partii.



Były warsztaty rękodzielnicze. Gotowy wachlarz można było samodzielnie pomalować, ozdobić koralikami albo stemplami. I ja tam byłam i wachlarz sobie zrobiłam. 


Muzycznie też było bardzo różnorodnie. Zagrała koreańska grupa jazzowa Heung, a później wystąpił kwartet wokalny, który obok bardziej znanego repertuaru pojawiły się również koreańskie utwory, które w monumentalnym wnętrzu Grote Kerk brzmiały naprawdę pięknie.


Cały festiwal był zresztą większy, niż się spodziewałam. Oprócz koncertów i pokazów były stoiska z jedzeniem i kosmetykami, koreańskimi produktami, warsztaty, gry, strefy fotograficzne i finał konkursu kulinarnego.


Czyli kilka godzin Korei bez konieczności kupowania biletu do Seulu.

Na koniec ogromne podziękowania dla Ambasady Republiki Korei i wszystkich osób zaangażowanych w organizację wydarzenia za kilka godzin naprawdę świetnej rozrywki.

Dziękujemy i… prosimy o więcej!

감사합니다!
















poniedziałek, 14 października 2024

Ciasto

 Dzwoni do mnie kumpela. 

- Hejka, co tam u Ciebie?

- A po staremu. 

- A co robisz w ten weekend?

- Nie mam planów, wpadaj - mówię - uuuuu....... - i tu zawieszam się wdzięcznie. Chciałam powiedzieć, że upiekłam murzynka, ale... przez głowę przelatuje mi z prędkością światła i siłą wodospadu, że wszelkie rozmowy są podsłuchiwane, inwigilowane, monitorowane... To jak jak mam jej powiedzieć, że... UPIEKŁAM MURZYNKA?????!!!

- Hallo? Jesteś? - słyszę z drugiej strony

-  No jestem... Drapię się po głowie, gryzę paznokcie i w końcu rzucam radośnie:

- To wpadaj, bo ciasto zrobiłam. - Ufffff...upiekło się (i nie mówię tu o cieście)

- Fajnie. A jakie?

Jakie? Jakie? I co ja mam powiedzieć? 

-Yyyyyy... no wiesz... takie.. mąka, jajka, kakao?

- Brownie?

- Nieeeee. 

- No to jakie? - Co ona taka dociekliwa się zrobiła. Prowokacja jakaś to ma być, czy co?

 - Ciasto jak ciasto - rzucam udając obojętność - Takie tam... Jak babka tylko z kakao, noooooo... wiesz...

- Murzynka upiekłaś?

To po nas. Po mnie i po niej. Już nas nic nie uratuje. Mają nas. Namierzą. Zamkną do klatki... Oczyma duszy już widzę tych przystojnych policjantów wpadających do mnie razem z drzwiami, rzucających mnie na podłogę i skuwających kajdankami... Wizja fajna, ale drzwi szkoda... Coś trzeba zrobić, więc ryczę do słuchawki:

- Nie murzynka!!! Nie murzynka!!! AFROAMERYKANINA upiekłam!! 

W telefonie zapada cisza, a potem dźwięk zerwanego połączenia. No tak... Za późno... namierzyli... 

K......a . A było upiec drożdżówkę. 


 


Na świecie nie ma równowagi. W jednych krajach nagminnie i bezczelnie łamie się prawa człowieka, ludzka godność nie ma wartości, a  honor, uczciwość, tolerancja, szacunek dla jednostki ludzkiej deptany jest bardziej niż molo w Sopocie. A w innych... tolerancja puchnie i jeży się jak rozdymka. Absurdy i paranoje mnożą się niczym kolejna odsłona covida... Kilka przykładów? A proszę uprzejmie.

Tytuł powieści Agaty Christie ulega zmianie, coby było poprawnie politycznie. 

W dziwacznym filmie Netflixa  Bridgertonowie, gdzie rzecz się dzieje czasach regencji czyli wieku XIX arystokracja jest czarna, a służba biała. Łooooj... Wytrzymałam jeden odcinek. Przekłamanie i wybielanie. I chyba tylko niedouczony tłuk albo pokolenie tik toka może łyknąć takie bzdety. Na marginesie wspomnę, że w Stanach w latach 50-tych nadal funkcjonowały oddzielne toalety dla czarnych. To jakim żesz kuf....a cudem w XIX wieku czarni mogli być arystokracją? Że niby fikcja? To ja wolę fikcję fikcyjną - trole, elfy, smerfy, krasnoludki, smoki... przynajmniej wiem, że nikt mi kitu nie wciska, prania mózgu nie próbuje robić ani leczyć sobie wiekowych kompleksów rasowych. 

Że niby rzeczywistość alternatywna? Nie kupuję! Chcecie rzeczywistości alternatywne to łyknijcie sobie pigułę stosownego koloru i wpadajcie do Matrixa! Promowanie przekłamanej wizji świata niedouczonym hamerykańskim (a może i nie tylko) kołkom jest jak mówienie pływającemu w szambie, żeby myślał, że brodzi wśród jaśminów. 





P.S. Nawet tworząc teraz obrazy do tego posta okazało się, że.. naruszam politykę. Przepraszam. Postuluję usunąć słowo CZARNY  ze słownika.  Będzie prościej!  I wybaczcie, że jestem BIAŁA i zrobię wszystko by być jeszcze bielsza! 

Nooo.. To... Idę zrobić makijaż...holenderscy policjanci potrafią być mega przystojni... 


sobota, 10 sierpnia 2024

A na to całe Kargulowe plemię... czyli horror na wsi.


Najpierw było jakieś dziwne burczenie. Lekkie. Nie nasuwające podejrzeń. Potem obrzydliwa wielka mucha w kieliszku wina. Wylałam. Umyłam kieliszek uzupełniłam płyn... Burczenie przemieniające się w bzyczenie narosło. Wyhynęłam na korytarz z obawą, że kot rozwleka jakieś gniazdo os. Ucieszyłam się, że to nie osy tylko ściana much dziwiąc się jednocześnie skąd tego cholerstwa tyle się wzięło. Pozamykałam okna. Zamknęłam wywietrzniki. Ruszyłam do ataku z łapkami na muchy niczym wojownik Hwarang. Rzuciłam się w wir walki - biegałam wymachując łapkami, tłukłam wroga znacząc krwawe ślady na firankach, zasłonach i ścianach. Trup ścielił się gęsto! W powietrzu unosił smród spalenizny. Niestety elektryczny miecz, znaczy się łapka nie wytrzymała kontaktu ze ścianą. Walczyłam dalej machając teleskopową łaką. Ale i ona nie wytrzymała zmasowanego ataku wroga... Trudno. 

Wróciłam do pokoju w poszukiwaniu jakiegoś preparatu  owadobójczego. W kieliszku wina kąpała się kolejna mucha.  Porzuciłam szlachetną walkę wręcz i zastosowałam mniej elegancką acz wielce skuteczną broń chemiczną. W akcie odwetu za Burgunda 2022 wysprayowałam całe mieszkanie. Muchy padały w locie. Piłeś - nie lataj, pomyślałam mściwie i dobiłam packą wierzgającą na podłodze muchę.

Nalałam sobie ostatni kieliszek wina i raczyłam się serią bezbolesnych filmików. Głupich idealnie. Wiecie, takich co to wieczorem oglądasz a rano za cholerę nie pamiętasz co to było :)  No dobra, coś tam pamiętam. Jeden to Something Gotta Give (nie mam pojęcia jaki to polski tytuł ma) z Keanu Reevesem, Diane Keaton i Jackiem Nicolsonen,  a drugi  z Meg Ryan, robiącą głupie miny i mszczącą się na byłym facecie. Piękny film... Głupi idealnie... Choć przyznaję... inspirujący... Obawiam się jednak, że w realu ex zaraz by o stalking posądził i skończyłoby się długim ciąganiem po sądach zamiast wściekłej satysfakcji.


Ilustracja stworzona dzięki IDEOGRAM


Ale nie  o filmach i rewanżu tu będzie tym razem. W przerwie "na reklamy" tuptając do łazienki odkryłam plamę na podłodze. Plama była z lekka mobilna. Po jednym kieliszku wina (resztę, że się tak wyrażę muchy wychlały) trudno widzieć przemieszczające się plamy. Pomyślałam, że to pierwsze omamy wzrokowe spowodowane nawdychaniem się mucho-killera.  Po bliższej lustracji mobilna plama okazała się być jednak gigantycznym pająkiem. Nie mam arachnofobii. Ale pająki są obrzydliwe. Zwłaszcza tak wielkie. Małe na mnie nie rzutują i nawet ich nie zabijam. Staram się bezkolizyjnie eksmitować. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Może w zoo jedynie. Miałam problem, żeby ubić to paskudztwo kapciem. Crockiem znaczy się. Młotka pod ręką nie miałam.  Na noc do sypialni udałam się z tłuczkiem do mięsa. Tak przezornie. Na szczęście obyło się bez jego używania.
Rano odkurzyłam  trupy much gęsto ścielące się po podłodze.Czynność powtórzyłam, bo zwłok dziwnym trafem przybywało. 

Potem masochistycznie próbowałam w necie odszukać cóż to za monstrum rozwaliłam kapciem. Niestety, osobnik przed zgonem nie raczył się przedstawić nawet z grubsza, a zdjęć  szczątków do identyfikacji nie robiłam. Zdjęć potwora za żywota też nie.  I tak oto kolejna zagadka trafiła do domowego archiwum X.



Jak sobie pomyślę o ostatnich wydarzeniach - muchach, pająkach, świniach u orłela... to dochodzę do wniosku, że  sobie ktoś właśnie te plagi nad moją głową jako ten Pawlak wymodlił.  Żartuję.
Nikt by się nie odważył. A swoją drogą, gapa ze mnie. Było pająka spożytkować jako ofiarę do voo doo...Następną razą tako też uczynię.


P.S. Przeprowadzona inwigilacja wykazała, że:
-  inwazji much winni byli chłopi, którzy okoliczne pola udekorowali nawozem naturalnym dostarczając atrakcji węchowych (zrozumiałe), wizualnych (stada ptactwa wszelakiego żerującego na łąkąch), słuchowych (much bzyczenie i ptactwa świergoty) oraz rozrywkowych (polowanie na owady latające - patrz niniejszy post),
- pajaka zapewne zwabiła taka ilość łatwego żarcia. Jak to mówią... łatwo przyszło... szybko zdechło...
- uśmiercony stawonóg prawdopodobnie był Kątnikiem domowym. 

I tyle było z teorii spiskowej. 


wtorek, 6 sierpnia 2024

Czarna dziura

Pisanie...  Kuszące, ale... praca, obowiązki, odpowiedzialność, rachunki. Mrzonki o pisaniu wyrzucane jak obierki ziemniaków. I co z tego, że to lubię? I co z tego, że może nawet potrafię? Trzeba być rozsądną, prawda? Głos matki "i tak ci się nie uda", głos brata "pierdołami się zajmujesz" i te ciągłe głosy "kariery tak nie zrobisz i kasy z tego nie będzie". I dałam sobie wmówić, że robienie czegoś co sprawia radość i jest dla mnie litereoterapią to fanaberia. Jak życie....

Więc kolejna praca, kolejne korpo. Chodzenie w kieracie, który każdego dnia przerabiał mnie - pomarańczę na świeży sok, aż skończyłam tak jak każda pomarańcza. Wyciśnięta do ostatniej kropelki. 

Stoję teraz przed ścianą i walę głową. Łup, łup, łup. Metodycznie. Miarowo. Szukam wyjścia, ale bezskutecznie. Padam na kolana i tłukę dalej. Łup, łup, łup. Metodycznie. Podobno, gdy Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno. Gdzieś powinny być drzwi.?A może okno? Może chociaż mały lufcik?   

Czekam, aż ktoś powie "wstań i walcz, a ja będę przy tobie". Rozglądam się. Są tylko ściany. Jedna... druga... trzecia... czwarta. Prawie słyszę ich oddech, gdy się do mnie zbliżają szepcząc - i tak ci się nie uda. Znowu zj....ś. Nie byłaś pierwsza... 

Mają rację? Pewnie tak. Bo obecnie nawet jak będziesz Masterem wyginającym śmiało ciało vel pióro, to musisz się sprzedać. Nie potrafisz... Pufff... Cię nie ma. Pewnie kiedyś też tak było. Tylko teraz... 

To pisałam ja... (nie)sprzedajna... Ale jak wiecie, wszystko jest tylko kwestią ceny. 




niedziela, 21 lipca 2024

Kobieta w fioletowej spódnicy






Wbrew tytułowi nie będzie o mnie. Choć ci co mnie znają wiedzą, że po fazie fascynacji czerwienią nastała u mnie fala na fiolety.

Kobieta w fioletowej spódnicy to powieść japońskiej autorki Natsuko Imamura. Ta bestsellerowa książka  w 2019 roku otrzymała najbardziej prestiżową japońską nagrodę imienia Akutagawy. 

Co spowodowało, że kupiłam tą książkę? Nie wiem. Nie pamiętam. Może tytuł? Może była to okładka Małgorzaty Flis? BTW czy te projekty nie przypominają Wam szkiców Szancera? Może jestem dziwna, ale przeglądając okładki robione przez Panią Małgorzatę już kilka innych pozycji wylądowało w moim koszyku... Magia pasteli. I w tym przypadku powiedzenie, że nie ocenia się książki po okładce okazało się nietrafione! 
 Muszę tu nadmienić, że na szczęście na zakup książki nie miały wpływu recenzje z Lubię czytać,  bo zerknełam na nie już po przeczytaniu książki. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że na tym portalu ludzie może i lubią czytać, acz ich zdanie, eufemistycznie mówiąc jest bardzo mało miarodajne.  


"Jestem Twoim cieniem...

Prawie każdego popołudnia Kobieta w Fioletowej Spódnicy siada na ławce w parku, a okoliczne dzieci usiłują wciągnąć ją w zabawę. Nie domyśla się, że od dawna obserwuje ją Kobieta w Żółtym Kardiganie, która wie o niej prawie wszystko - zna jej ulubione posiłki, rozkład dnia i sposób zachowania. Wkrótce spotkają się w jednym miejscu pracy. Tam Kobieta w Fioletowej Spódnicy skupia na sobie uwagę wszystkich. Kobieta w Żółtym Kardiganie, nie zauważana przez nikogo coraz bardziej zatraca się w szaleństwie"

Taką to oto informację możemy przeczytać na okładce książki. Nie jest to mój pierwszy kontakt z literaturą japońską. Jako fanka twórczości Haruki Murakamiego być może nie jestem obiektywna w swych ocenach, ale... czyż jakiekolwiek oceny, recenzje i komentarze mogą być tak do końca obiektywne?

Zdjęcie wygenerowane dzięki uprzejmości TimAI i Ideogram.


Książkę przeczytałam na jednym "wciągu" vel wdechu. Czy dlatego, że jestem na fioletowo-azjatyckim chaju czy dlatego, że taka jest wciągająca, czy może dlatego, że trafiła ona na odpowiedni moment? 
Pewnym jest, że literatura azjatycka różni się od europejskiej, a tym bardziej od amerykańskiej. Użyłabym takiej, może nieco wyolbrzymionej metafory, że o ile amerykańska literatura to hałasująca, rozpędzona motorówka, europejska - nobliwie płynący żaglowiec, tak twórczość azjatyckich pisarzy często przypomina mi wycieczkę kajakiem - wolną, czasem męczącą i wymagającą przystanków, ale za to z opcją podziwiania widoków, których nie da żaden inny środek transportu. Jeśli ktoś lubi twórczość Murakamiego istnieje prawdopodobieństwo, że i ta książka przypadnie mu do gustu. Nie jest to zdecydowanie pozycja dla fanów Mroza, Bondy czy nawet Kinga.

Kobieta w fioletowej spódnicy  to dla mnie subtelne studium samotności, obsesji, wyobcowania... Kobieta w żółtym kardiganie, wydawać by się mogło, że w tak krzykliwym kolorze swetra nie może pozostać niezuważona, a jednak jest idealnie niewidzialna. Żyje życiem kobiety w fioletowej spódnicy. Zna jej grafik pracy, rozkład dnia, zna sposób chodzenia, wie co jada i niczym nadgorliwa sąsiadka wie kto i o której przychodzi, oraz o której mieszkanie opuszcza. Według niej, kobieta w fioletowej spódnicy jest fascynująca, idealna, ciekawa. Ale czy faktycznie taka jest? A może jest tak, że "mroczny obiekt pożądania" zawsze wydaje się ciekawszy i pięknięjszy niż jest w rzeczywistości? Może chodzenie w czyichś butach jako ucieczka od codzienności zawsze będzie bardziej pociągające?

Owszem, to nie jest książka idealna. Punkt kulminacyjny pojawił się jak dla mnie znienacka. A zakończeie pozostawiło pewien niedosyt. Choć z drugiej strony... Czyż nie lepiej zostać z tym poczuciem niedosytu niż z efektem amerykańskiego przejedzenia vel przesłodzenia? 



A jakie jest Wasze doświadczenie z literaturą azjatycką? 



Ocena:




sobota, 20 lipca 2024

Gotowi na wszystko...

 


Wygenerowane dzięki współpracy TimAi i Ideogram.

Gdybym miała zrecenzować tę oto książkę jednym zdaniem napisałabym - Run Forest, run! Byle szybko i daleko od tego tworu! No dobrze, wyszły mi dwa zdania. Agata Przybyłek, autorka "Gotowych na wszystko" miała dosyć ciekawy pomysł. Wzięła żądną sławy, marzącą, aby zostać "selebrytką" blondynkę i wrzuciła ją do reality show dla narzeczonych. Tyle że Paula, bo tak się wabi to nieszczęście, narzeczonego nie miała. Przygarnęła zatem dawnego przyjaciela, nomen omen posiadającego już narzeczoną - Zuzę. I to jest, moi drodzy już cała akcja i fabuła.

Przez ponad pół książki dzieje się wielkie nic, nie licząc niepotrzebnych opisów rzeczy, które znaczenia nie mają, a są jeno tłuściutkim zapychaczem książki. A co wolno Murakamiemu, to nie Tobie Przybyłek. Postaci są płaskie jako te łąki Holandii. Co więcej - jako te łąki Holandii zalegają poniżej poziomu morza. Depresja... W gratisie. 

Zuza - narzeczona numer 1 potraktowana po macoszemu. Jednostronnie, bez pogłębienia.  Dialogi nieżyciowe i nic nie wnoszące. Język egzaltowanej nastolatki. A do tego roi się od błędów wszelakich - stylistycznych, logicznych, a nawet gramatycznych.  Cóż, widać ani autorka, ani korektorzy, ani wydawnictwo poczucia wstydu nie mają. Spytacie zatem zapewne czemuż to, ach czemuż i w jakiej pomroczności po-twora tego nabyłam? 


No właśnie... Czytając podręcznik Katarzyny Bondy Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania. natknęłam się na informację, że komedia, że zabawna...że lekka... Spragniona historyj zabawnych niczym mieszkaniec Holandii słońca (przynajmniej w tym roku) - durna ja, po przeczytaniu ocen na Lubimy czytać -  durna ja, książkę nabyłam. Po trzykroć durana ja. Jeśli dla Pani Bondy ta książka jest zabawna i godna wymienienia, to wątpię  czy powinna innych pisania uczyć. Chyba, że ma to być żywy dowód jak pisać abolutnie nie należy.



Nawet okładka taka zmyłkowa, bo jak dla mnie mogłaby opisywać kurs tworzenia ikebany.. W wersji Mazowsze śpiewa,  tańczy i kwiaty po polach zbiera.




Reasumując tą kusą recenzję -  książkę zmęczyłam tylko dlatego, że zżerała mnie chora ciekawość sprawdzenia jak nisko można upaść. A jak zmęczyłam... tak..byłam już gotowa na wszystko! Zażycie środków przeczyszczających, sprowokowanie wymiotów, a nawet skoczenie z klifu jeśli takowy napatoczyłby mi się w okolicy. 
Tylko dla osób o mocnych nerwach i żądnych ekscesów. A i tym raczej polecam skok ze spadochronem. Względnie bez. 



Ocena: