Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online

niedziela, 9 kwietnia 2017

Piosenka na dziś - I lost on you.

When you get older, plainer, saner
When you remember all the danger we came from
Burning like embers, falling, tender
Long before the days of no surrender
Years ago and well you know

Smoke 'em if you got 'em
'Cause it's going down
All I ever wanted was you
I'll never get to heaven
'Cause I don't know how

Let's raise a glass or two
To all the things I lost on you
Tell me are they lost on you?
Just that you could cut me loose
After everything I've lost on you
Is that lost on you?
Is that lost on you?
Baby is that lost on you?
Is that lost on you?

Wishing I could see them back in nations
Understand the toil of expectations in your mind
Hold me like you never lost your patience
Tell me that you love me more than hate me all the time
And you're still mine

So smoke 'em if you've got 'em
'Cause it's going down
All I ever wanted was you
Let's take a drink of heaven
This can turn around

Let's raise a glass or two
To all the things I've lost on you
Tell me are they lost on you?
Just that you could cut me loose
After everything I've lost on you
Is that lost on you?
Is that lost on you?
Baby is that lost on you?
Is that lost on you?

Let's raise a glass or two
To all the things I've lost on you
Tell me are they lost on you?
Just that you cold cut me loose
After everything I've lost on you
Is that lost on you?
Is that lost on you?



środa, 8 marca 2017

Czytam i dziergam

Oficjalnie nie przyłączyłam się do akcji Maknety "dzierganie i czytanie", bo i jedno i drugie odbywa się u mnie zrywami.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni przeczytałam dwie książki Katarzyny Miszczuk: "Szeptucha" oraz "Noc Kupały". Pierwszą ściągnęłam zaciekawiona tytułem, licząc na jakieś przepisy, rytuały czy informacje o ziołach. Tu, troszkę się rozczarowałam. Ale cóż, raczej nie powinnam była spodziewać się pełnych recept i gotowych zaklęć w książce.
Szeptucha, nazywana także babką albo wiedźmą to ludowa uzdrowicielka. Często jej wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Nazwa pochodzi od szeptanych przy rytuale słów.
Książka osadzona jest we współczesnej, ale bardzo słowiańskiej Polsce. To wizja Polski, która nie przyjęła chrztu i dzięki działaniom księcia Mieszka zamieniła Polskę w europejskie mocarstwo. Są słowiańscy bogowie, zwyczaje, święta. Jest koloryt polskiej wsi. Bohaterką jest nomen omen Gosia (skrót pochodzi wbrew pozorom nie od Małgorzaty, ale od Gosławy), która u szeptuchy odpywa praktykę przechodząc przygody i odkrywając swoje życiowe powołanie.
Książkę czyta się lekko i przyjemnie, choć oczywiście nie jest to wysublimowana literatura. Wciągnęła mnie jednak na tyle, że sięgnęłam po kontynuację tej książki - "Noc Kupały".
Wielbicielkom polskiego folkloru, wiedzy o ziołach oraz lekkich historii obie książki polecam.

Przeczytałam też "Sokoła" Dominika W. Rettingera. Na książkę natknęłam się jadąc do Polski i słuchając jej w radio dosyć dawno temu. Potem szukałam jej trochę po omacku, bo nie znałam autora a i tytuł wyleciał mi z głowy.
Rzecz również dzieje się w Polsce. Tyle, że jest to typowa książka akcji. Mamy tu działania służb specjalnych, wywiadu i planowany w Polsce zamach terrorystyczny. Zupełnie inny klimat. Książka wciągająca, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja ma słabość do jednostek specjalnych i marzył o pracy w Mossadzie ;)

Na drutach - sweterek dla mojego bratanka. Dzierganie dla maluchów to dla mnie nowość, ale mam nadzieję, że dam radę i młody oraz jego mama będą zadowoleni z efektu.



Czytam również "symultanicznie" książki o tarocie. Widoczną na zdjęciu "Witches Tarot" Ellen Dugan oraz "Podręcznik Tarota Małe Arkana" Heleny Żuk. Pierwsza jest książką do mojej talii tarota, druga stanowi uzupełnienie informacji i znaczeń, których w angielskiej wersji nie ma.

W przerwach czytam "Tarot terapia słowem" Manueli Klary Olszewskiej oraz "Reputację" Andrzeja Pilipiuka. W kolejce czeka kilkanaście innych książek o tarocie oraz kolejne części "Sagi księżycowej" Marissy Mayer.



sobota, 4 marca 2017

Piosenka na dziś... Sorry


"Sorry for the road that I won’t take
For the words that I won’t say
For the love that I won’t give

Sorry for the heart that I won’t show
For the lengths that I won’t go
For the life that you won’t live

Sorry that I opened up my arms
You would never reach in time 
Before they closed again

You will forget
And I won’t remember it
When all I ever did was race in circles
You will forget 
And all there’s left will be
A faded memory
A dream you woke up from

Sorry for the oath that I won’t take
For the vows that I will break
For the role that I won’t play

Sorry that I’m raising up my walls
And whenever you reached over
You are thrown back to the start

You will forget
And I won’t remember it
When all I ever did was race in circles
You will forget 
And all there’s left will be
A faded memory
A dream you woke up from

From the colour I would bring
To ending up again
Opening darkness 
I wanted to hold you back from"


wtorek, 14 lutego 2017

Piosenka na dziś - We Can Hurt Together

Nie przepadam za Walentynkowym świętem zatem i walentynkowa piosenka nietypowa.
Ze specjalną dedykacją dla specjalnej osoby. 


"You say you are fine
But I see pain
Behind those eyes
You play the game by the rigid rules
But you cheat yourself

There ain't nothing you can say
To scare me away
I got history too
And it's never too late
Share a secret today
I'll reciprocate
Baby, I got you

So hurt with me, I'll hurt with you
Baby, you know we can hurt together
I've been where you've been
I've seen what you've seen
So hurt with me, we can hurt together
Come hurt with me, come hurt with me
Come hurt with me, come hurt with me

Someday you'll taste 
The freedom and relief
Of the trouble shared
Oh oh, today I'm here loving,
You can confide in me

There ain't nothing you can say
To scare me away
I got history too
And it's never too late
Share a secret today
I'll reciprocate
Baby, I got you

So hurt with me, I'll hurt with you
Baby you know we can hurt together
I've been where you've been
I've seen what you've seen
So hurt with me, we can hurt together
Come hurt with me, come hurt with me
Come hurt with me, come hurt with me"



niedziela, 12 lutego 2017

Boerenkool raz...

Razu pewnego zostałam zaproszona do holenderskiej rodziny na typowe holenderskie danie czyli boerenkool. Jest to rodzaj stampotu czyli tłuczonych ziemniaków z czymś. W tym przypadku z jarmużem. W innych przypadkach jest to kiszona kapusta, marchewka z cebulą, szpinakiem czy innymi warzywami.

Nie spodziewałam się rewelacyjnej prezentacji tego dania, bo papka nigdy nie przedstawia się elegancko. Jednak przygotowanie i podanie kolacji ścięło mnie z nóg.
Stół został nakryty elegancko... folią. Chryste Panie, już nawet cerata prezentowałaby się lepiej. Ok, rozumiem, że stół z drogiego drewna i trzeba go chronić, ale do tego świat wymyślił tekstylne obrusy.
"Elegancji" dodawały również ustawione na stole... garnki z boerenkoolem, kiełbasą, sosem i patelnia ze spalonym boczkiem. Nie wiem czy to standard w holenderskich domach czy lenistwo i niechlujstwo pani domu. Podejrzewam, że posiada wystarczającą ilość talerzy, misek i salaterek by przełożyć do nich serwowane dania. A może potraktowała mnie jak członka rodziny i doszła do wniosku, że nie warto się wysilać. A może wprost przeciwnie  uznała, że w Polsce jemy rękami ze wspólnej miski i taki wykwintny obrus będzie dla mnie zaszczytem, bo i tak pewnie nachlapię przy jedzeniu jak świnia. Raczej stawiam na jej niechlujstwo, lenistwo i brak smaku.
Dobrze, że nie trzeba było jeść z rozłożonych na podłodze gazet i miski dla psa.

Sama pani domu za to prezentowała się nad wyraz wystawnie. Wystroiła się w błękitny sweterek w stylu gąsienica czyli jakiś twór z włoskami oraz fioletową spódnicę ni cholery nie pasującą kolorystycznie. Rozporek na nodze spódnicy był tak głęboki, że aż było widać majtki od rajstop. Smaku dodawały także owe rajstopy ze szwem i motywem kwiatów na udzie widocznym w tym rozcięciu spódnicy.
Do tego kozaki na obcasach. Może to jej jedyne buty na obcasie, które ma, a chciała się pokazać i wyglądać kobieco. No, ni cholery jej się to nie udało, bo na tym obcasach chodziła jak oficer pruski.
Totalne przerysowanie, brak smaku i wyczucia. Jaka pani domu, taka prezentacja stołu jak widać.

Sam boerenkool tak jak się spodziewałam był breją bez smaku przypominającą żarcie dla świń. Co prawda świńskiego jadła nie próbowałam, ale wygląd zaprawdę powiadam Wam był podobny.  Ot, wsiowe jedzenie podane przez fleję. Kolację ratowała polska kiełbasa z musztardą :)


Podsumowując... bardzo ciekawe doświadczenie kulinarno-socjologiczno-towarzyskie :)


sobota, 11 lutego 2017

Stara nowa pasja

Dawno, dawno temu "bawiłam się" stawianiem tarota. Z różnych powodów zarzuciłam tą pasję. Nawet oddałam moje karty.
Ostatnio jednak ciągle natykałam się na osoby, które albo same tarota stawiają, albo są nim zainteresowane i z taki "usług" korzystają. Od kilku miesięcy roił mi się w głowie pomysł powrotu do tego nietypowego "hobby". Jednak ostatnie miesiące - osłabienie fizyczne i nazwijmy to eufemistycznie niestabilność emocjonalna odpychały tą wizję.
Teraz, kiedy tabletki działają, a ja (i nie tylko ja) dostrzegam w sobie zmiany, emocje i uczucia, o które bym się nie podejrzewała zdecydowałam na powrót do ezoterycznego świata.
Długa droga przede mną. Wbrew pozorom, to nie jest jak z jazdą samochodem i wiele znaczeń pozapominałam. Praktycznie zaczynam tą przygodę na nowo. Odkrywanie tarota i odkrywanie siebie.

Wybrałam dla siebie karty Ellen Dugan (Witches Tarot). Bo wiedźmińskie, bo przemówiły do mnie, bo piękne, bo chociaż symboliczne to jednak bardzo czytelne. Karty mają, jakby to powiedzieć, łagodniejszy wymiar. Wieża nie jest aż tak przerażająca jak w innych taliach. Zamiast Diabła jest karta The Shadow Side. Śmierć to nie jest przerażająca kostucha lecz groźny jeździec na białym koniu. Tak jak przystało na karty wiedźmy (mój Boże, czemu w języku polskim słowo wiedźma czy czarownica niesie za sobą tak negatywne konotacje?!) dużo w nich odniesień do natury oraz roślinnych i zwierzęcych symboli. Teraz pisząc tego posta uzmysłowiłam sobie, że mam w domu książkę Ellen Dugan Urodzona Czarownica, co jeszcze bardziej potwierdziło słuszność wyboru właśnie tych kart.
Wizualnie lubię w tych kartach Kapłankę oraz Księżyc. Może dlatego, że w jakiś sposób mnie określają.

Mam wspierające koleżanki z długoletnim doświadczeniem, które służą radą, pomocą i wymianą informacji (tu znowu podziękowania dla Danki i Mirki!). Mam też już po kilku dniach odświeżania wiedzy pierwsze małe sukcesy w czytaniu. Jak ten tarotowy Głupiec powoli, małymi kroczkami wyruszam w swoją drogę...



środa, 8 lutego 2017

Patologiczna kura domowa

Zetknęłam się ostatnio z patologicznym przypadkiem kury domowej.

Przez kilka lat owa niewiasta starannie udawała, że nie widzi zdrad swojego męża. To wygodne jak chce się siedzieć w domu, nic nie robić i żyć z kasy męża. Jak w końcu ten fakt został jej dobitnie uzmysłowiony to owa dama, by statusu kury domowej nie stracić  skłonna była zaprzyjaźnić się z kochanką. Ba, nawet zgodziła się na jej wizytę z noclegiem w domu.  Fakt, że podobno na noc zamknęła małżonka w sypialni na klucz. Upokarzające? Śmieszne? Dziecinne? Inna sprawa, że niewiele to pomogło, bo  facet znalazł inne okazje do zdrady. Czegóż to się nie zrobi dla pieniędzy, wygody i przyzwyczajenia ukrywanego pod sloganem "kocham go nad życie i nigdy nie pozwolę mu odejść". Trudno się dziwić takiemu brakowi hamulców skoro jej najlepsza przyjaciółka to kobieta, której doprawiała rogi. Dodam, że zaprzyjaźniły się po tym zdradzaniu. Chore? No myślę.

Kobieta po studiach, wykształcona, dzieci odchowane, a ona siedzi w domu i... nic nie robi. A nie przepraszam, oddaje się pasji hurtowego kupowania perfum. Cóż, różne są stopnie zboczenia, jedni czytają książki inni kupują masowo perfumy.
Dla zachowania pozorów pracuje osiem godzin w tygodniu jako... listonosz. Żenujące. Jako wymówkę ma, że poświęciła swoje życie, karierę i pasje, aby wychować dzieci i "wspierać karierę męża". Cud poświęcenia. Cud wygodnictwa. Cud desperacji. Ciekawe czy byłaby taka wspierająca jakby małżonek został bezrobotny.
Przyparta do muru wizją rozwodu markowała szukanie pracy. "Wysłałam cv do call center, ale chcą tylko ludzi z doświadczeniem". Gówno prawda. Do call center biorą każdego, kto gada w odpowiednim języku. Ale po co szukać pracy skoro miałaby pieniądze z alimentów i od bogatego tatusia?

Baba całkiem uzależniona od faceta. Bez własnego życia, własnego zdania i bez własnych zainteresowań (prócz patologicznego nabywania perfum). Totalnie niesamodzielna. Mentalnie ubezwłasnowolniona. Chodząca kupa strachu.  Zdana na faceta i jego życie, bo własnego nie ma. Nawet nie chodzi o pieniądze, bo bogaty tatuś (możliwe, że molestujący ją w dzieciństwie co tłumaczy uzależnienie od faceta, oziębłość seksualną, mentalność ofiary oraz brak granic moralnych) mógłby ją finansować. Kobieta pasożyt żyjąca z kasy facetów. Tak nauczyła się żyć, tak przyzwyczaiła się żyć i nie potrafi inaczej. Ofiara - cwaniara.

Zdesperowana próbując ulepszyć swoje małżeństwo na środku ulicy rzuciła się na męża, przyparła go do muru i zaczęła całować, co jedynie wywołało jego irytację zamiast fali ekscytacji. Pewnie koleżanki z perfumowego forum podpowiedziały jej, że taka akcja zadziała. A może wyczytała to w jakimś piśmie dla zdesperowanych gospodyń domowych.

Jej mąż skarżył się, że snuje się po domu w ciuchach bez kształtu i koloru, siedzi przed laptopem na ciągle rosnącej dupie przeglądając non stop forum z perfumami, jest zaniedbaną fleją z łysiejącą fryzurą. Dorzućcie do tego makijaż jak u taniej prostytutki i będziecie mieć pełny obraz.

Notabene jak facet obwieścił jej, że chce się rozwieść to na forum skarżyła się, że teraz będzie jej gorzej finansowo, więc nie będzie mogła kupować tyle perfum. To się nazywa prawdziwa miłość... do pieniędzy i nowych aromatów ;)
Żeby chociaż świadczyła usługi seksualne i dom sprzątała. Ale i to jej kiepsko wychodzi skoro facet znalazł sobie kochankę, dom brudny, a ich ubrania cuchną psami. Zamiast inwestować w perfumy powinna kupić dobry proszek do prania i płyn do płukania tkanin. BTW dom się sprząta, a nie pryska perfumami, żeby zabijać bakterie :)
Jedyne co trzyma przy niej faceta to fakt, że jest równie wygodny i skupiony na pieniądzach (alimenty kosztują, a musiałby je płacić przez 12 lat lub do czasu, aż pasożyt znalazłby innego żywiciela), a zaniedbana baba siedząca w domu idealnie nadaje się do wyprowadzania psów, zbierania ich gówien i kradzieży drewna z lasu do kominka. Miłości w tym tyle co kot nasrał.

Pewnie takich kobiet jest więcej, ale ja pierwszy raz w życiu spotkałam się z przypadkiem takiej patologii.
Z jednej strony jej współczuję, bo jest zdominowana i manipulowana przez faceta, który wygodnie urządził sobie świat. Była, jest i będzie oszukiwana i okłamywana.
Jest jak  jak czwarty pies, który zawsze przyniesie rzuconą przez pana i władcę piłkę, tyle, że lepiej wytresowany. Po zdradach przyjmuje go z otwartymi ramionami i wybacza wszystko, bo nie umie żyć samodzielnie. Jak pelikan łyka kolejne kłamstwa i manipulacje. Nawet jej dzieci dziwią się, że pozwoliła mężowi wrócić na to swoje wysterylizowane łono i zaprosiła kochankę do domu. Nie ma w niej odrobiny godności i szacunku do samej siebie, więc i facet nie ma dla niej szacunku.  To tak smutne, że aż groteskowe.

Zastanawiałam się czemu tak mnie ta postawa irytuje. Może jej zazdroszczę tego siedzenia w domu, stałych dochodów bez żadnego wysiłku, stabilnego życia bez konieczności zamartwiania się czy jutro będzie praca i z czego zapłacić rachunki?
Doszłam do wniosku, że ja mam mentalność kota. Mnie nikt nie będzie rzucał piłeczek i bawił się mną. Jestem niezależna i nie pozwoliłabym nikomu się stłamsić. Lepiej żyć bez wanny z jacuzzi, kominka, luksusowej kuchni i japońskich noży niż być skazaną na konieczność akceptowania każdego kłamstwa, oszustwa i zdrady.
A jej życie wbrew pozorom wcale nie jest spokojne. Opętana strachem kiedy facet znowu ją zdradzi. kiedy i jak znowu ją okłamie, kiedy znowu ją oszuka. Bo wcześniej czy później znowu to zrobi. Ten typ tak ma, bo lubi zmiany i atrakcje. A z nudziarą tego nie będzie. Pewne jak w banku.
Z drugiej strony brzydzę się babą, która pozwoliła doprowadzić się do takiego stanu w imię 5.000 Euro comiesięcznej wypłaty męża  i toksycznego uzależnienia szumnie nazywanego przez nią miłością.
Obudź się kobieto!

Żeby było jasne. Szanuję kobiety, które zajmują się domem, potrafią pogodzić obowiązki domowe z własnymi zainteresowaniami, które mają własne życie. Dużo kobiet musi pogodzić pracę zawodową, własne pasje i prowadzenie domu. I świetnie sobie z tym radzi. Gardzę jedynie kobietami, które ze strachu lub wygodnictwa godzą się na wykorzystywanie, oszukiwanie, manipulacje i kłamstwa.

Jako ciekawostka - owej najlepszej przyjaciółce jako prezent urodzinowy owa dama kupiła... dwie ściereczki kuchenne :) Woooow, co za gest :)

wtorek, 7 lutego 2017

"Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj komu bije dzwon: bije on tobie."
                                        Ernest Hemingway


Tym oto cytatem chciałabym nawiązać do szokującej wiadomości. Wczoraj odeszła nasza blogowa przyjaciółka - Ania Vintage Cat. Nigdy nie miałyśmy okazji się poznać. Nigdy nie miałyśmy okazji porozmawiać. Nigdy prócz blogowej wymiany komentarzy nie nawiązałyśmy kontaktu. A jednak była mi bliska. Może przez wspólne upodobanie do stylu retro, może przez ciepło, które biło z uśmiechu i optymistycznych postów. Płaczę, choć przecież była "obcą" osobą. Tak, czuję się umniejszona.

Rodzinie, znajomym, przyjaciołom, tym, którzy mieli szczęście poznać Anię osobiście składam szczere wyrazy współczucia i życzę siły w tym trudnym czasie łącząc się z ich smutkiem.




poniedziałek, 6 lutego 2017

Piosenka na dziś... I Forgive you

[Maître Gims]
Tu m'as demandé pardon, j't'ai repoussé (repoussé)
J'voulais qu'tu comprennes que je souffrais (je souffrais)
Mais t'as laissé ton odeur sur les draps (sur les draps)
J'donnerai tout pour être dans tes bras (dans tes bras)

[Pré-refrain : Maître Gims]
Et j'ai tenté d'te haïr mais la colère est partie
Les bons souvenirs l'emportent sur la haine et la rancœur

[Refrain : Sia]
I forgive you, you know not what you have done
Ohh I, I forgive you, now it's time for me to move on
Ohh I, I forgive you, you did not see right from wrong
Ohh I, and I love you, always in my heart you'll live on
You'll live on
You'll live on

[Maître Gims]
On se croise sans se lancer un regard (un regard)
Je n'sais quoi dire quand on m'fait la remarque (la remarque)
Notre entourage tente de nous raisonner (raisonner)
Je pense qu'il est temps de se retrouver (retrouver)

[Pré-refrain : Maître Gims]
Et j'ai tenté d'te haïr mais la colère est partie
Les bons souvenirs l'emportent sur la haine et la rancœur

[Refrain : Sia]
I forgive you, you know not what you have done
Ohh I, I forgive you, now it's time for me to move on
Ohh I, I forgive you, you did not see right from wrong
Ohh I, and I love you, always in my heart you'll live on
You'll live on
You'll live on


niedziela, 29 stycznia 2017

Królowa Buław

Nawet krótkotrwała świadomość śmierci wyostrza spojrzenie. Sprawia, że cieszenie się drobiazgami nabiera znaczenia, że małe rzeczy cieszą. Palące się świeczki, dotyk sierści kota, smak piwa z imbirem, porterówka od cioci, małe wielkie zwycięstwa, zapach ukochanych, jedynych perfum po otworzeniu szafy, rozmowy z przyjaciółmi.
Sprawia, że podejmuje się kontrowersyjne decyzje i działania, których nie zrobiłoby się w innym wypadku. Uświadamia, że trzeba robić to co się chce, a nie to co chcą inni czy jest społecznie akceptowane. Daje siłę do bycia wolnym. Widzi się ludzi, którzy się uśmiechają - w sklepie, autobusie, na ulicy. Do mnie się uśmiechają, bo nie przyklejam wzroku do chodnikowych płytek i wiem, że jestem Królową Buław. Królową Buław, która prędzej zrani niż pozwoli się zranić, która wie czego chce, która może wygląda, ubiera i zachowuje się inaczej, ale nigdy nie będzie nudna.

W sobotę odwiedziła mnie koleżanka z pracy. Kiedy opowiadała swoją historię życia miałam łzy w oczach. Zrobiłam coś, czego nie zrobiłam nigdy przedtem w życiu - zapytałam czy mogę ją przytulić. Ja, która nawet nie lubię podawać ludziom ręki! Odkrywam w sobie siłę, empatię, zasoby, o które się nie podejrzewałam. Uczę się obserwować i analizować swoje zachowania i reakcje. Zwiększa się moja samoświadomość. I z Królowej Buław przeobrażam się bardzo powoli w Królową Mieczy.

Po kilku miesiącach strachu wreszcie wiem, że moje problemy zdrowotne to nie rak. Jestem spokojniejsza, choć ten strach - ta wizja śmiertelności zostanie pewnie już ze mną. Oby nadal dawała mi siłę do życia na własnych zasadach, bez przejmowania się o karmę i społeczne konwenanse lub zdanie innych. Oby nadal pozwalała cieszyć się życiem miast paraliżować strachem.
Będzie dobrze.

Przy okazji dziękuję moim przyjaciółkom, które godzinami cierpliwie wysłuchiwały mojego gadania, wypluwania z siebie strachów, wątpliwości i przeżytych traum, które stały za mną murem bez względu na kontrowersyjne decyzje, które podejmowałam, które... uratowały mi życie dzięki radom, wsparciu i okazanej cierpliwości. Dziękuję Mira! Dziękuję Danka!




piątek, 27 stycznia 2017

Piosenka na dziś... Unstoppable today


All smiles, I know what it takes to fool this town
I'll do it 'til the sun goes down and all through the night time
Oh yeah, oh yeah, I'll tell you what you wanna hear
Leave my sunglasses on while I shed a tear
It's never the right time, yeah

I put my armor on, show you how strong I am
I put my armor on, I'll show you that I am

I'm unstoppable
I'm a Porsche with no brakes
I'm invincible
Yeah, I win every single game
I'm so powerful
I don't need batteries to play
I'm so confident, yeah, I'm unstoppable today
Unstoppable today, unstoppable today
Unstoppable today, I'm unstoppable today

Break down, only alone I will cry out now
You’ll never see what’s hiding out
Hiding out deep down, yeah, yeah
I know, I’ve heard that to let your feelings show
Is the only way to make friendships grow
But I’m too afraid now, yeah, yeah

I put my armor on, show you how strong how I am
I put my armor on, I'll show you that I am

I'm unstoppable
I'm a Porsche with no brakes
I'm invincible
Yeah, I win every single game
I'm so powerful
I don't need batteries to play
I'm so confident, yeah, I'm unstoppable today
Unstoppable today, unstoppable today
Unstoppable today, I'm unstoppable today
Unstoppable today, unstoppable today
Unstoppable today, I'm unstoppable today

I put my armor on, show you how strong how I am
I put my armor on, I'll show you that I am

I'm unstoppable
I'm a Porsche with no brakes
I'm invincible
Yeah, I win every single game
I'm so powerful
I don't need batteries to play
I'm so confident, yeah, I'm unstoppable today
Unstoppable today, unstoppable today
Unstoppable today, I'm unstoppable today
Unstoppable today, unstoppable today
Unstoppable today, I'm unstoppable today


niedziela, 15 stycznia 2017

Piosenka na dziś i babski weekend.

Ostatnio ciągle i nieustannie słucham Sia. Jak dla mnie to osobowość na rynku muzycznym. Do tego sceny z serialu Gra o Tron, który uwielbiam. Jeden z nielicznych seriali, w których dominują silne osobowości kobiet! A ja lubię silne kobiety z osobowością.

Mój weekend był wyjątkowo... towarzyski. W piątek odwiedziła mnie koleżanka z pracy - byłyśmy na zakupach, potem plotkując raczyłyśmy się grzanym winem. Sobotę i niedzielę spędziłam z przyjaciółką. Był tarot, babskie pogaduchy, dyskusje o facetach oraz słuchanie jej relacji z podróży do Meksyku i Gwatemali. Z tych wojaży dostałam od niej piękny, drewniany kalendarz Azteków.
Jeszcze raz wielkie dzięki Danka!



Jaki był Wasz weekend?

A teraz posłuchajmy Sia czekając na następny sezon Gry o Tron.




poniedziałek, 2 stycznia 2017

O cholerka jest "szanelka".


Materiał od Pana Jarmarka - zakupiony hen dawno temu.  Szanelka w błękitach uszyta też dawno temu tylko ze zdjęciami, jak wiecie mi nie po drodze.  Miała być z niego  kieca ołówkowa (tu padła sugestia od Liwias, że babciowo będzie), albo spódnica z półkoła. Rozważyłam wszelkie za i przeciw i stanęło na półkole. Bo to i nie babciowo, no i pod spód jak nastają chłody można załadować ciepłą halkę vel halki - zależnie od stylu i nasilenia mrozów ;)

Takie spódnice szyje się z turbo doładowaniem. Najdłużej trwa odwieszanie coby się wyciągnęło to co ma się wyciągnąć, tudzież podkładanie dołu i paska, bo to najczęściej robię ręcznie.

Spódnica jako ja - życiowo wymięta ;) 




Niekoniecznie do kompletu, ale wymyśliłam sobie, że z resztek materiału zrobię  kamizelkę. Malutką, słodziutką, co to do jeansów może być albo jakiejś  spódnicy. I tu demon mnie podkusił skorzystać z wykroju tworu  pt. Anna Moda na szycie. Wiem, że jest sporo wielbicielek tej gazety. Ja do nich nie należę.
Mam dwa takie dziwolągi i never ever nie kupię kolejnego. Rysunki techniczne są prymitywne niczym twory naskalne człowieka pierwotnego, zdjęcia swoją drogą też. Ograniczenie w rozmiarówkach (większość interesujących modeli zaczyna się od 38). Beznadziejne oznaczenia na wykrojach. To wszystko może mogłabym jeszcze przełknąć, ale krowiastość wykrojów mnie zabija.
Szyłam dwie rzeczy (sukienka i kamizelka) i obie były dużo, dużo, dużo za duże.

Kamizelka wykrojona w rozmiarze 36, bo 34  nie było. Ok, spodziewałam się, że ciut będę musiała zmniejszyć. Tyle, że jak dla mnie to rozmiar 40 przynajmniej, a nie 36. Sfastrygowane plecy sięgały Loli aż do połowy przodu! W pierwszej chwili myślałam, że wykroiłam o jakąś część za dużo. Przymierzyłam - pasuje! Taaa... na sweter i polarową bluzę. A chyba nie takie jest zadanie kamizelki bez pleców.

Sfastrygowana i bardzo mocno pomniejszona kamizelka wisiała na Loli czas bardzo długi kłując w oczy hamletowskim pytaniem- szyć albo nie szyć?


Finalnie uszyłam i wygląda tak:


Eksperymentów z gimpem dalszy ciąg. Zdjęcia i programy graficzne to ciągle moja pięta achillesowa. Po krótkim zastanowieniu dochodzę do wniosku, że pięt mam więcej niż nóg ;)



W nagrodę za wytrwałość dorobiłam sobie do kompletu fascynujący fascynator.
Chyba już ma nowego użytkownika.
You can leave your hat on...