Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online

czwartek, 15 grudnia 2016

Wracam, ale nic nie obiecuję.

Trochę mnie nie było. Różne, łagodnie mówiąc problemy życiowe i dziwne sytuacje spowodowały, że musiałam zniknąć z pola widzenie kilku osób.

Ostatni związek z facetem skończył się w sposób dramatyczny i okrutny. Kolejny facet, który okazał się super szczurem, jak powiedziałaby Holly Golightly. Ten, okazał się dosłownym szczurem, bo wyprowadził się uciekając jak ten  gryzoń zostawiając jeno karteczkę na stole. Wybebeszył mnie emocjonalnie do tego stopnia, że wylądowałam u lekarza wyczerpana fizycznie i psychicznie kończąc na silnych psychotropach. Zawsze myślałam, że jestem silna i ze wszystkim dam sobie radę sama. Okazało się jednak, że nagromadzenie traumatycznych wydarzeń w ciągu ostatnich lat po prostu mnie przerosło. Do tego doszły problemy ze zdrowiem.
Trafiłam na lekarza, który uświadomił mi, że twardziele z GROM-u po traumatycznych misjach i przeżytych masakrach też myśleli, że dadzą sobie radę sami, a potem wystarczył rozjechany przy drodze pies by człowiek się dokumentnie posypał. Czas nie zawsze, jak widać działa na naszą korzyść, a każdy z nas ma określoną pojemność stresu do udźwignięcia.

Długo biłam się z myślami czy tu wracać. Fakt, że zhakował mojego maila (facet, a nie lekarz) sprawił, że dostałam obsesji bycia inwigilowaną i śledzoną w necie na każdym kroku. Po pewnych modyfikacjach ochrony prywatności zdecydowałam się jednak wrócić. Wiele postów nadal z nim się kojarzy, łączy i boli, ale nie będę usuwać połowy bloga tylko ze względu na bolesne skojarzenia.  Blog zawsze był odskocznią od rzeczywistości, a pisanie stanowi swego rodzaju terapię. Mam nadzieję, że w obecnej sytuacji również mi pomoże.

Nie obiecuję, że szybko wrócę do normalnego trybu życia,  pisania,  szycia, dziergania, decoupagu, ale mam nadzieję, że nawet po tym tsunami w końcu wyjdzie słońce. Jeszcze się nie poddaję.



poniedziałek, 3 października 2016


Mgłabym powiedzieć, że mnie to nie dotyczy, bo w Polsce nie mieszkam i mieszkać nie będę (tak mi dopomóż Bóg). Ale... No właśnie. Nawet będąc daleko, nawet będąc "bezpieczna", nawet nie tkwiąc w tym szaleństwie i tak czuję się tak jakby te czarne łapska wyciągły się po mnie.
Więc choć tak wirtualnie i mentalnie łączę się z polskimi kobietami.

środa, 10 sierpnia 2016

Na zielonej łące raz dwa trzy.

Zakochana w alpace brushed silk dziergam kolejny piórkowy sweter. Tym razem inspiracji dostarczyła mi Intensywnie Kreatywna wrzucając razu pewnego w swym cyklicznym poście "znalezione na" taki oto sweterek.
Zapałałam chęcią posiadania podobnego. I tak oto z soczyście zielonej włóczki dzierga się mozolnie z braku czasu coś, co w zamierzeniu ma być do owego swetra podobne. Co wyjdzie, to się okaże. Korzystać z gotowych wzorów nie lubię. To trochę jak z Burdą. Opisy często są dla mnie niezrozumiałe i męczące. Ot, taka ułomność.
Mam lekką zagwozdkę jak zrobić plisę z wiązaniem, ale będę kombinować.  Może nie wyjdzie identycznie i idealnie, ale satysfakcja z samodzielnego rozgryzienia będzie większa. A jak nie wyjdzie, to zawsze mogę spruć i zrobić normalny dekolt. No stress.

Jak widać Franek też kocha alpakę.

No, to taki post samomotywujący :)

sobota, 6 sierpnia 2016

Scenki z życia holenderskiej biurwy czyli welcome in Mordor_3

Telefon.
- Melduję, że już skończyłem pracę. Może Pani wysłać kierowcę.
Bożeee... Tiesto, to ty? - myślę sobie. Po chwili wracam do rzeczywistości.
- A Pan to kto, bo się Pan nie przedstawił. Pada nazwisko. Uprzejmie informuję, że Pan ma niecałe dwa kilometry z pracy do domu, więc kierowcy wysyłać do niego nie będę. Może dojść na piechotę.
- Ale ja nie trafię - pada odpowiedź.
- Razem z Panem pracuje przynajmniej 10 osób mieszkających koło Pana. Niech Pan z nimi wróci.
Za godzinę telefon.
- Melduję, że już jestem w domu. Nie musi Pani jutro rano kierowcy wysyłać, bo trafię do pracy.
O jak miło... Limuzynę zatrzymam dla kogoś innego.


Podliczam godziny pracy w lipcu. Ponad 200. Zapłacone za 160. Idę do szefów na rozmowę z grzecznym pytaniem jak to będzie wypłacone. Najpierw się migają, że muszą pomyśleć. Mają dać odpowiedź za kilka dni. Po owych kilku dniach informują, że... nadgodzin nie zapłacą, bo nikomu nie płacą i mam je potraktować jako... inwestycję w przyszłość, siebie i rozwój firmy. Dawno się tak nie ubawiłam. Żałuję tylko, że nie nagrałam rozmowy. Byłaby hitem youtube.Co nie zmienia faktu, że nie lubię jak ktoś nie ma szacunku dla mojej inteligencji, używając nieudolnych motywacji vel manipulacji. Gdybym chciała pracować jako wolontariusz poszłabym do schroniska dla zwierząt a inwestować w siebie wolę idąc na kurs językowy lub kroju i szycia.
Ale usłyszałam, że cenią moją pracę, są ze mnie zadowoleni, cenią moje zdolności administracyjne i chcieliby żebym została w firmie jak najdłużej i nie chcieliby mnie stracić. Gryzę się w język by nie parsknąć śmiechem, bo  stają mi przed oczami brazylijskie seriale, w których Hortensjo mówi do Izaury, że nie chce jej stracić a potem idzie dymać inną niewiastę.
A potem pada pytanie:
- A jak ci się podoba praca? Jesteś z niej zadowolona? Czytaj - w pytaniu zawarta jest odpowiedź.
Mam ochotę powiedzieć, że musiałabym być chora umysłowo, żeby lubić użeranie się elementem o inteligencji pantofelka (przepraszam wszystkie organizmy jednokomórkowe jeśli poczuły się urażone), pracę za free w każdą sobotę i rozmowy z niektórymi chamskimi klientami, którzy mają zwyczaj mówić o nas "kut" w wolnym tłumaczeniu "głupia pizda". Ale znowu gryzę się w język. Auuuć... I mówię:
- Pracuję dla pieniędzy. To nie jest hobby ani praca moich marzeń.
Konsternacja. Oj, nie tego się spodziewali.
- Ale mamy nadzieję, że nie szukasz innej pracy.
Znowu gryzę się w język i odpowiadam.
- Jak Michael Kors zadzwoni, to nie odmówię.
- Kto to jest Michael Kors?
 Język mi już puchnie, bo znowu się w niego ugryzłam.
- Projektant.
- Chcesz być projektantem?
- Nie, rekruterem.
- Ale tylko Michael Kors?
Zabawę mimo pogryzionego jęzora mam coraz lepszą, więc mówię:
- Nooo... jak Dior zadzwoni albo Balanciaga to też nie odmówię. Nie dodaję, że obaj nie żyją.
Konsternacja.
Dla zatkania i ułagodzenia dostaję wolną sobotę. Pierwszą od dwóch miechów. Jak miło.
Czy czuję się zmotywowana? Oczywiście. Do szukania innej pracy.



czwartek, 28 lipca 2016

Tej firmy nie polecam DPD


Zamawiam kosmetyki z polskiego sklepu. Przesyłka powinna być następnego dnia. Nie ma. Kolejnego też nie. I następnego również. Pierwsze co mi przychodzi do głowy, że skoro to polski sklep to pewnie jacyś oszuści. W końcu piszę do tego sklepu kiedy dostanę paczkę. Odpisują, że przesyłka jest dostarczona. Do sąsiada. Debilowaty kurier nie zostawił awiza. Mogłam sobie tak czekać do usranej śmierci.

Z braku czasu na bieganie po sklepach moje ukochane perfumy zamówiłam przez internet. Przesyłka powinna być dostarczona w poniedziałek 26 lipca. Ponieważ musiałam wyjść z domu, a kuriera nie było sprawdzam po powrocie do domu stan przesyłki. Okazuje się, że została dostarczona. Tyle, że w domu ani paczki, ani awizo. Myślę, że pewnie ten debil znowu zostawił paczkę u sąsiada. Tylko u którego? Mam biegać po całej wsi i pytać od drzwi do drzwi? Piszę do customer service DPD. Dostaję odpowiedź, że... kurier w ogóle paczki nie dostarczył i przywiezie ją następnego dnia.
Następnego dnia patrz jak wyżej - ani paczki, ani informacji. Szlafia mnie trag, bo na stronie widzę, że paczkę odebrałam i podpisałam. Wysyłam mail do sklepu oraz do DPD z informacją, że przesyłki nadal nie ma, a używanie mojego nazwiska i podpisu to przestępstwo i wygląda na świadome działanie przestępcze a nie pomyłkę i jeśli nie wyjaśnią sprawy czyli nie dostanę zakupionego towaru to zawiadomię policję. Po takiej reakcji, dziś po powrocie do domu paczka się cudownie znalazła. Bez informacji ze strony customer service, bez słowa przepraszamy. Gdzie była? A to kolejna ciekawostka. Debil zostawił ją... na dworze, przed domem na kontenerze na śmieci. Lenistwo? Głupota? Brak szacunku dla klienta i jego dóbr. Wszystko na raz.

Następnym razem jak będę coś zamawiać to najpierw sprawdzę czy wysyłają przez DPD czy jakąś cywilizowaną firmę. I Wam też to radzę.

niedziela, 24 lipca 2016

Scenki z życia holenderskiej biurwy czyli welcome in Mordor_2

Telefon.
Facet pyta o swój adres. Już mnie to nie dziwi. Sprawdzam, zaczynam podawać, a ten mi na to, żebym to policjantowi powiedziała, bo go zatrzymali. Też mnie to nie dziwi. Podaję miłemu policjantowi adres niemiłego pracownika. Przedstawiciel władzy pyta czy mogę tłumaczyć. Zaczyna się jak w amerykańskim filmie od informacji, że typ na pytanie odpowiadać nie musi i może skontaktować się z adwokatem. Zabił kogoś - myślę sobie. Też mnie to nie dziwi. Okazuje się, że TYLKO skalał się polską cechą narodową czyli popijaniem sobie pifka w miejscu publicznym. Zupełnie mnie to nie dziwi.


Podchodzę do okienka, gdzie czeka interesantka.
- Nu, ja nie połucziła sms-ku..... - zaczyna niewiasta świecąc złotymi zębami. Nie próbuję zrozumieć co ma dalej do powiedzenia. Pytam czy mówi po angielsku, holendersku ewentualnie po polsku, bo ja po rosyjsku nie mówię. Głaza jej się rozrzeszają podobnie jak otwarta złotozębna paszcza. W końcu wzrusza ramionami i idzie precz. I dobrze.


Telefon.
- Proszę Pani, ja już od godziny jeżdżę i nie wiem jak dojechać do domu!!!
- A gdzie Pani jest?
- Nie wiem.
- Przykro mi, ale nie jestem nawigacją satelitarną i Pani nie pomogę.

Telefon.
- Dzień dobry, ja jutro jadę do firmy X i jestem kierowcą. Czy ktoś ze mną pojedzie? Bo mam nawigację, ale nie wiem czy trafię.
Żesz kuźwa brzmi jak humor z zeszytów szkolnych?


Kandydat do pracy. Dostaje stosowny formularz, kseruję jego dokumenty. Sprawdzam wypełniony druk. Brak maila, telefonu, adresu.
- Może Pan wpisać maila? Informacje o wypłatach wysyłamy tylko mailem.
- Nie mam.
- Brakuje numeru konta bankowego. Nie wypłacamy gotówki, tylko przelewy.
- Nie mam.
- Proszę też wpisać numer telefonu.
- Nie mam.  Sprzedałem, żeby wyjechać do Holandii.
- Gdzie Pan mieszka?
- Nigdzie. Kolega mnie wystawił.
Może powinnam mu wierzyć. Może powinnam mieć choć trochę empatii. Może mówi prawdę, a może sprzedał telefon, żeby mieć na działkę. Kierowanie się empatią do tej pory sprowadzało tylko problemy. Nie ma już we mnie empatii. Tylko czemu przez kolejne dni zastanawiam się, co z tym człowiekiem się dzieje? Niech to wszystko szlag trafi.

sobota, 16 lipca 2016

Scenki z życia holenderskiej biurwy czyli welcome in Mordor.

Telefon.
- Proszę pani, jaki ja mam numer telefonu?
- Jak pan go nie zna, to skąd ja mam go znać?
- A co? Nie wyświeta się pani?
- To telefon stacjonarny. Nie, nie wyświetla.
-  To ja wyślę pani sms-a.
- Bardzo proszę. Na telefon stacjonarny na pewno dojdzie.


Telefon. Dzwoni kobieta, z którą koleżanka wcześniej już cztery razy rozmawiała tłumacząc jej sprawę. Bełkotliwym głosem mówi:
- Chceeem rosssamawiaac sss paaniaa X.
- Nie ma jej, już wyszła.
Wstawiona niewiasta (a co sssse będzie żałować, w końcu jest sobota) niezrażona domaga się rozmowy z koleżanką i nie dociera do niej, że ma zadzwonić w poniedziałek. W końcu rzuca:
- Aaaaa ja ssss paaaniaaa nieee beeedee rooosmawiac, bo paani jest nieekompeeeteeenta.
- No, skoro nie jestem kompetentna to faktycznie nie ma sensu rozmawiać. Udanego łykendu. Do widzenia.