Ostatni związek z facetem skończył się w sposób dramatyczny i okrutny. Kolejny facet, który okazał się super szczurem, jak powiedziałaby Holly Golightly. Ten, okazał się dosłownym szczurem, bo wyprowadził się uciekając jak ten gryzoń zostawiając jeno karteczkę na stole. Wybebeszył mnie emocjonalnie do tego stopnia, że wylądowałam u lekarza wyczerpana fizycznie i psychicznie kończąc na silnych psychotropach. Zawsze myślałam, że jestem silna i ze wszystkim dam sobie radę sama. Okazało się jednak, że nagromadzenie traumatycznych wydarzeń w ciągu ostatnich lat po prostu mnie przerosło. Do tego doszły problemy ze zdrowiem.
Trafiłam na lekarza, który uświadomił mi, że twardziele z GROM-u po traumatycznych misjach i przeżytych masakrach też myśleli, że dadzą sobie radę sami, a potem wystarczył rozjechany przy drodze pies by człowiek się dokumentnie posypał. Czas nie zawsze, jak widać działa na naszą korzyść, a każdy z nas ma określoną pojemność stresu do udźwignięcia.
Długo biłam się z myślami czy tu wracać. Fakt, że zhakował mojego maila (facet, a nie lekarz) sprawił, że dostałam obsesji bycia inwigilowaną i śledzoną w necie na każdym kroku. Po pewnych modyfikacjach ochrony prywatności zdecydowałam się jednak wrócić. Wiele postów nadal z nim się kojarzy, łączy i boli, ale nie będę usuwać połowy bloga tylko ze względu na bolesne skojarzenia. Blog zawsze był odskocznią od rzeczywistości, a pisanie stanowi swego rodzaju terapię. Mam nadzieję, że w obecnej sytuacji również mi pomoże.
Nie obiecuję, że szybko wrócę do normalnego trybu życia, pisania, szycia, dziergania, decoupagu, ale mam nadzieję, że nawet po tym tsunami w końcu wyjdzie słońce. Jeszcze się nie poddaję.



