Otwieram bloggera i widzę posty z sukienkami, spódnicami, ciastami, swetrami i butami... Inna rzeczywistość. Inny wymiar. To nie jest prawdziwy świat. A ja nie wiem czy chcę pisać o prawdziwym świecie. Wkurzać się opisując co znowu wymyśliła nimfomanka w biurze.
Wrócę jak znajdę znajdę swoje miejsce. Albo przynajmniej inny folwark, żeby na krótko myśleć, że istnieją miejsca normalne, a nie tylko te opuszczone przez Boga i zdane na pastwę kurew i cwaniaków.
"Świat mnie wzywa, prawdziwy świat" jak to pisał Gałczyński. Ruszam zatem przystosowywać się do rzeczywistości. Lepiej późno, niż wcale.
Bez odbioru.
Obserwatorzy
klauzula bezpieczeństwa
Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.
Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.
Online
sobota, 6 lipca 2013
poniedziałek, 1 lipca 2013
Desperados
Walę głową w ścianę albo biurko i wysyłam kolejne cv.
- Masz siwe włosy - rzuca pani mangjer.
Gryzę się w język, żeby nie powiedzieć:
- A ty grubą dupę.
Zapalam papierosa, chociaż rzuciłam palenie. Gryzę spinacz, żeby oszczędzić paznokcie. Walę głową w ścianę albo biurko i wysyłam kolejne cv. Desperados. Jeśli tu zostanę to zwariuję. Przegryzę sobie żyły, albo co gorsza powiem tej kurwie, co o niej myślę. A tego mój kontrakt nie przewiduję. Mój kontrakt jest tyle wart co ja. Nic. Więc walę głową w mur i wysyłam kolejne cv. I coraz częściej czuję się tak, jak mnie traktują. Polskie gówno.
- Masz siwe włosy - rzuca pani mangjer.
Gryzę się w język, żeby nie powiedzieć:
- A ty grubą dupę.
Zapalam papierosa, chociaż rzuciłam palenie. Gryzę spinacz, żeby oszczędzić paznokcie. Walę głową w ścianę albo biurko i wysyłam kolejne cv. Desperados. Jeśli tu zostanę to zwariuję. Przegryzę sobie żyły, albo co gorsza powiem tej kurwie, co o niej myślę. A tego mój kontrakt nie przewiduję. Mój kontrakt jest tyle wart co ja. Nic. Więc walę głową w mur i wysyłam kolejne cv. I coraz częściej czuję się tak, jak mnie traktują. Polskie gówno.
niedziela, 30 czerwca 2013
Senna niedziela trupem się zaczyna
Na początku informuję. Zdjęcia będą drastyczne. Co prawda i tak mniej straszne niż tipsy pani managjer, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam.
Obudziłam się bladym świtem o ósmej. Właściwie, to obudził mnie ból głowy. Zawlokłam się do łazienki, żeby rozkuć zaropiałe oczy, po drodze włączając ekspres do kawy. Jak przemyłam oczy określenie "przejrzeć na oczy" nabrało nowego znaczenia. Przejrzałam i zobaczyłam. Zwłoki małego królika i Franka killera obok bawiącego się tym łupem niczym najprzedniejszą zabawką.
Zapodałam sobie ibuprom sztuk dwa i wróciłam do łóżka, uznając, że królika i tak nie wskrzeszę, a wydzieranie kotu zdobyczy może wywołać uraz psychiczny. I u mnie i u kota.
Po trzech godzinach dalszego snu stwierdziłam, że niedziela nie niedziela, ale dobrze by było wstać i coś zrobić. Niestety musiałam zacząć od sprzątania resztek zwłok małego rabbita. Tu oszczędzę wam zdjęć. Wypiłam zimną kawę, uszyłam woreczek na klamerki, które do tej pory walały się w plastikowym pudełku po owocach. Potem idąc za ciosem uszyłam opaskę do spania (durna użyłam tej ślicznej a wrednej satyny, co to odporna na szycie, prasowanie, szpilki i wszelkie perswazje), rozprułam jakieś stare spodnie w celu przerobienia ich na spódnicę, posiliłam się gołąbkami (nie, to żaden łup Franka tylko zwykłe mięsno-ryżowe w kapuście pekińskiej :) po czym... zasnęłam. Tyle to ja spałam jedynie podczas ostrej choroby.
Jak wstałam ukręciłam lody - pomarańczowo-jogurtowe z dodatkiem świeżej melisy. Co jak co, ale melisa obrodziła w tym roku. Sezon na uspokajacze widać.
A na koniec zdjęcie wściekłych poziomek. Rozrosło się cholerstwo tak, że jedną z hortensji przesłoniły. O inwazji w zielniku nawet nie wspomnę. Szkoda, że nie smakują tak dobrze jak wyglądają. Szczerze mówiąc, to w ogóle nie nadają się do jedzenia. Poziomki dziwolągi.
Obudziłam się bladym świtem o ósmej. Właściwie, to obudził mnie ból głowy. Zawlokłam się do łazienki, żeby rozkuć zaropiałe oczy, po drodze włączając ekspres do kawy. Jak przemyłam oczy określenie "przejrzeć na oczy" nabrało nowego znaczenia. Przejrzałam i zobaczyłam. Zwłoki małego królika i Franka killera obok bawiącego się tym łupem niczym najprzedniejszą zabawką.
![]() |
| Tylko czekam kiedy nas zamkną za kłusownictwo... |
Zapodałam sobie ibuprom sztuk dwa i wróciłam do łóżka, uznając, że królika i tak nie wskrzeszę, a wydzieranie kotu zdobyczy może wywołać uraz psychiczny. I u mnie i u kota.
Po trzech godzinach dalszego snu stwierdziłam, że niedziela nie niedziela, ale dobrze by było wstać i coś zrobić. Niestety musiałam zacząć od sprzątania resztek zwłok małego rabbita. Tu oszczędzę wam zdjęć. Wypiłam zimną kawę, uszyłam woreczek na klamerki, które do tej pory walały się w plastikowym pudełku po owocach. Potem idąc za ciosem uszyłam opaskę do spania (durna użyłam tej ślicznej a wrednej satyny, co to odporna na szycie, prasowanie, szpilki i wszelkie perswazje), rozprułam jakieś stare spodnie w celu przerobienia ich na spódnicę, posiliłam się gołąbkami (nie, to żaden łup Franka tylko zwykłe mięsno-ryżowe w kapuście pekińskiej :) po czym... zasnęłam. Tyle to ja spałam jedynie podczas ostrej choroby.
![]() |
| Arcydzieło to nie jest, ale i tak lepsze niż plastikowe pudło, w którym klamerki kurzyły się i wiecznie wypadały. |
![]() |
| W ramach szaleństw wypróbowałam ścieg przypominający choinkę. Opaska do spania w pieleszach domowych, wersję do samolotu uszyję sobie z bardziej współpracującego materiału. |
![]() |
| Może nie wyglądają super reprezentacyjnie, ale wyszły pyszne. |
sobota, 29 czerwca 2013
Zwierzyniec
Z nosem w papierach wchodzę do kwatery głównej a raczej gównej Orłela. Kawałek plastiku przytknięty do drzwi udostępnia mi ten sezam. Amerykańska mechanizacja. Drzwi się otwierają.
Podnoszę wzrok znad dokumentów i widzę... świnię. Stoi sobie przy schodach i wpatruje się we mnie małymi, świńskimi oczkami. Charakterystyczny trzask za moimi plecami obwieszcza, że drzwi właśnie się samoczynnie zamknęły . Welcome in our castle. Stoję. Świna też. Nie ruszam się. Ona też. Przez mózg przelatuje mi z prędkością światła natłok myśli. Co ona tu robi? Ta świnia. Ok. Orłel. Folwark. Wszystkie świnie równe, ale żeby aż tak. Żeby świnię do biura? A może to jakaś metamorfoza. Nie czytaj więcej Kafki, strofuje się w myślach. A może mi się przywidziało? Zamykam oczy. Otwieram. Bydle.. znaczy się świnia ciągle tam jest. Szara, brudna i jakaś taka... niemrawa. Uciekać? Jak? Drzwi się zamknęły... Na górę... po schodach.... Nie dobiegnę na obcasach... Zwoje mózgowe zaraz mi się przepalą.
Może by tak do niej zagadać? Zagaić po przyjacielsku? Takie świńskie.... how are you? Ale do kaczki - taś taś, do kurczaka cip, cip, do kota kici, kici, ale do świni? O żesz... ale co do świni??? Chrum chrum prosiaczku? I w jakim języku??? I tak sobie stoimy. Biorąc się na przeczekanie.
A w ogóle, to brudna ta świnia. Cała ochlapana. Brudna jak świnia. Łącznie z butami. Zaraz... Chwila... Buty? Świnia? Od butów to był kot, a nie wieprzowina. Teraz przyglądam się jej spokojniej. W końcu to ucywilizowana świnia...Odziana... Na razie tylko od stóp, ale dobre i to.
I wtedy do mnie dociera. Ta świńska świnia to atrapa. Rzeźba przygotowana dla jednego z klientów. Były pingwiny, koty, pedalskie psy i królewna Śnieżka bez głowy, to czemu nie świnia. Jak już zmysły wracają mi do równowagi, to myślę, że w sumie mogliby tego prosiaka zostawić. Jako wizytówkę firmy - witajcie u Orłela... nie będzie równo, nie będzie sprawiedliwie, ale jak kurwa będzie wesoło!!!
Swoją drogą Orłelowisko jest przyjazne zwierzętom. Także żywym. Pani managjer np. przyprowadza do biura 2 psy. Ostatnio nawet 3. Żywe. Srające na stołówce i innych korytarzach. Lubię zwierzęta. Nawet te srające psy lubię. Nie lubię pani managjer. Bo psy powinny być w domu, a nie w biurze. Mam wrażenie, że do pracy wleczone są dla designu nie z rzeczywistej potrzeby.
Bo do tipsów pasują. Pani managjer nie siedzi w pracy 8 godzin, a w domu ma dwa bękarty prawie pełnoletnie. W sumie to szkoda mi tych psiaków. Głupie, bo głupie, ale jaki pan taki kram. Nie ich wina. Też bym zidiociała gdybym z tą babą musiała przebywać cały czas.
Ostatnio obserwowałam jak chwyciła jednego z tych psów i siłą wcisnęła mu pysk w podłogę, gdzie wcześniej biedak nasikał. Głupia sucz. I nie mówię tu o psinie bynajmniej. Było psa wyprowadzić dziwko wtedy kiedy potrzebował, a nie wtedy gdy masz ochotę zapalić. Dramat. Tak się kończy jak ze spawacza robi się finansistę. Woda sodowa przywala do głowy. Na szczęście to ostatni szczebel kariery, bo wraz z wycięta macicą usunęli jej centralny ośrodek kariery. Che peccato!
Z innych zwierząt na folwarku mamy jeszcze sprzątaczkę - świętą krowę. Gwiazda mopa. Pracuje 2 godziny dziennie, a pensje dostaje jak za cały etat. Jak pracuje więcej niż dwie to płacą jej... nadgodziny. Bez żadnej wiedzy, doświadczenia i odpowiedzialności! Gdyby pracowała 8 godzin miałaby pensje jak pilot British Airlines!!!! Niewiarygodne? Fakt. Chyba tylko w archiwum X widziałam większe kurioza! Mówicie, że może ma jakieś dodatkowe atuty? Może... Nie wiem... Nie jestem w stanie się z nią porozumieć, bo mówi tylko tym swoim paprykowym językiem. Zero holenderskiego, a po angielsku tylko: yes, yes, yes... senkju... Do wylizywania pewnie wystarczy.... Tylko nie wiem czego, bo podłogi są brudne.
Jak przejechałam palcem po parapecie zdejmując pół centymetra kurzu i pokazując to jednemu z szefów, to mi powiedział - to sobie posprzątaj. Następnym razem pokażę mu odpowiedniejszy palec.
Czy kogoś jeszcze dziwi, że wolę zwierzęta niż ludzi, a moja niechęć do pracy jest odwrotnie proporcjonalna do wynagrodzenia (notabene permanentnie spóźnionego)?
Podnoszę wzrok znad dokumentów i widzę... świnię. Stoi sobie przy schodach i wpatruje się we mnie małymi, świńskimi oczkami. Charakterystyczny trzask za moimi plecami obwieszcza, że drzwi właśnie się samoczynnie zamknęły . Welcome in our castle. Stoję. Świna też. Nie ruszam się. Ona też. Przez mózg przelatuje mi z prędkością światła natłok myśli. Co ona tu robi? Ta świnia. Ok. Orłel. Folwark. Wszystkie świnie równe, ale żeby aż tak. Żeby świnię do biura? A może to jakaś metamorfoza. Nie czytaj więcej Kafki, strofuje się w myślach. A może mi się przywidziało? Zamykam oczy. Otwieram. Bydle.. znaczy się świnia ciągle tam jest. Szara, brudna i jakaś taka... niemrawa. Uciekać? Jak? Drzwi się zamknęły... Na górę... po schodach.... Nie dobiegnę na obcasach... Zwoje mózgowe zaraz mi się przepalą.
Może by tak do niej zagadać? Zagaić po przyjacielsku? Takie świńskie.... how are you? Ale do kaczki - taś taś, do kurczaka cip, cip, do kota kici, kici, ale do świni? O żesz... ale co do świni??? Chrum chrum prosiaczku? I w jakim języku??? I tak sobie stoimy. Biorąc się na przeczekanie.
A w ogóle, to brudna ta świnia. Cała ochlapana. Brudna jak świnia. Łącznie z butami. Zaraz... Chwila... Buty? Świnia? Od butów to był kot, a nie wieprzowina. Teraz przyglądam się jej spokojniej. W końcu to ucywilizowana świnia...Odziana... Na razie tylko od stóp, ale dobre i to.
I wtedy do mnie dociera. Ta świńska świnia to atrapa. Rzeźba przygotowana dla jednego z klientów. Były pingwiny, koty, pedalskie psy i królewna Śnieżka bez głowy, to czemu nie świnia. Jak już zmysły wracają mi do równowagi, to myślę, że w sumie mogliby tego prosiaka zostawić. Jako wizytówkę firmy - witajcie u Orłela... nie będzie równo, nie będzie sprawiedliwie, ale jak kurwa będzie wesoło!!!
Swoją drogą Orłelowisko jest przyjazne zwierzętom. Także żywym. Pani managjer np. przyprowadza do biura 2 psy. Ostatnio nawet 3. Żywe. Srające na stołówce i innych korytarzach. Lubię zwierzęta. Nawet te srające psy lubię. Nie lubię pani managjer. Bo psy powinny być w domu, a nie w biurze. Mam wrażenie, że do pracy wleczone są dla designu nie z rzeczywistej potrzeby.
Bo do tipsów pasują. Pani managjer nie siedzi w pracy 8 godzin, a w domu ma dwa bękarty prawie pełnoletnie. W sumie to szkoda mi tych psiaków. Głupie, bo głupie, ale jaki pan taki kram. Nie ich wina. Też bym zidiociała gdybym z tą babą musiała przebywać cały czas.
Ostatnio obserwowałam jak chwyciła jednego z tych psów i siłą wcisnęła mu pysk w podłogę, gdzie wcześniej biedak nasikał. Głupia sucz. I nie mówię tu o psinie bynajmniej. Było psa wyprowadzić dziwko wtedy kiedy potrzebował, a nie wtedy gdy masz ochotę zapalić. Dramat. Tak się kończy jak ze spawacza robi się finansistę. Woda sodowa przywala do głowy. Na szczęście to ostatni szczebel kariery, bo wraz z wycięta macicą usunęli jej centralny ośrodek kariery. Che peccato!
Z innych zwierząt na folwarku mamy jeszcze sprzątaczkę - świętą krowę. Gwiazda mopa. Pracuje 2 godziny dziennie, a pensje dostaje jak za cały etat. Jak pracuje więcej niż dwie to płacą jej... nadgodziny. Bez żadnej wiedzy, doświadczenia i odpowiedzialności! Gdyby pracowała 8 godzin miałaby pensje jak pilot British Airlines!!!! Niewiarygodne? Fakt. Chyba tylko w archiwum X widziałam większe kurioza! Mówicie, że może ma jakieś dodatkowe atuty? Może... Nie wiem... Nie jestem w stanie się z nią porozumieć, bo mówi tylko tym swoim paprykowym językiem. Zero holenderskiego, a po angielsku tylko: yes, yes, yes... senkju... Do wylizywania pewnie wystarczy.... Tylko nie wiem czego, bo podłogi są brudne.
Jak przejechałam palcem po parapecie zdejmując pół centymetra kurzu i pokazując to jednemu z szefów, to mi powiedział - to sobie posprzątaj. Następnym razem pokażę mu odpowiedniejszy palec.
Czy kogoś jeszcze dziwi, że wolę zwierzęta niż ludzi, a moja niechęć do pracy jest odwrotnie proporcjonalna do wynagrodzenia (notabene permanentnie spóźnionego)?
czwartek, 27 czerwca 2013
Interes życia...
Nie miała baba kłopotu kupiła se overlocka. Nie to, że nam się pożycie nie układa. Myślę, że układałoby się znacznie lepiej gdybyśmy się lepiej przed tym ślubem, znaczy się transakcja życiową poznali. Co prawda wraz z Panem Loczkiem dostałam intercyzę zwana inaczej instrukcją obsługi i wszystko byłoby piknie, gdyby nie fakt, że instrukcja liczyła sobie 5 stron z czego 3 to spis treści i inne równie użyteczne informacje. To mniej więcej tak jak na pierwszej lekcji jazdy samochodem, gdy instruktor powie ci: tu jest kierownica, tu jest wajcha biegów, no to jedziemy...
A potem... wszystkie drzewa nasze są...
Walka z zerwaną nitką prawie mnie pokonała. Raz działało, raz nie... Szukanie wiedzy w internecie efekt dawało mizerny. Zgrzytnęłam zębami i poszłam na kurs oswajania overlocka (takie nauki małżeńskie po ślubie). Trochę czułam się jak debil, gdy okazało się, że nóż można też ustawiać, albo zadając pytanie w stylu: a po co to pokrętło? Przeszło mi jak zobaczyłam, że kobitki zadają podobne pytania mimo, że wyposażone są w pełną instrukcje obsługi maszyny w ich własnym języku zresztą. Z kursu wyniosłabym więcej, gdybym miała większe obycie z overlockiem. Ale oczywiście nie żałuję, bo sama to mogłam sobie do usranej śmieci ta dolna nitkę montować. Prowadząca od razu zlokalizowała problem nawet bez wnikliwego hipnotyzowania maszyny jako to ja zazwyczaj czynię z każdym nowym sprzętem :)
Przy okazji okazało się, że prowadzi też kursy kroju i szycia, wiec jak nic nie wybuchnie to może od września się zapiszę. Będę się profesjonalizować :D
Ale tak w ogóle, to ja o czymś innym chciałam. Mianowicie posiadając overlocka doszło do mnie, że trzeba by się i w nici do niego zaopatrzyć, bo 4 sztuki białych niekoniecznie nadadzą się do wszystkiego. Rozpoczęłam poszukiwania i znalazłam istny sezam - wsio po 0,50 centów. Dumna i nadmuchana jak zeppelin na wietrze, że tak sprawnie mi poszło napisałam do sprzedającego o tajemniczym imieniu MO (komuś się kojarzy??) nieco zdezorientowana informacją, że najchętniej to on by wszystko na raz sprzedał. Przezornie zatem zapytałam czy opcja "nie wszystko" tez wchodzi w grę i ile jest "to wszystko". Oczyma wyobraźni jednak już widziałam te szpulki, wybierałam kolory no i rozplanowywałam, które do jakich materiałów posiadanych się nadadzą. Jak już mi ten ostatni MO-hikanin odpisał okazało się, że on najchętniej sprzeda wszystkie hurtem. Bagatela 10.000 sztuk. A jak będę nastawać na pojedyncze egzemplarze to on sobie życzy 2,50E. Nie odpisałam nawet arabusowi, bo musiałabym mu elegancko powiedzieć, żeby się w dupę sa-MO-dzielnie pocałował, bo za max 1,50E to kupię sobie w sklepie online.
W ten oto sposób nie zrobiłam niciowego biznesu życia, za to po raz kolejny przekonałam się, że moja intuicja działa, a robienie interesów z ciapatami obarczone jest sporym ryzykiem.
A Wy macie jakieś sprawdzone/ulubione marki i dostawców? Zawsze używacie idealnie dopasowanych kolorystycznie nici do obrzucania na overlocku?
W poprzednim poście pisałam o muzyce serwowanej w barze w Rotterdamie. To wczujcie się w klimat, a będzie wiedzieć czemu uciekłam. Swoja droga "artyści" z baru spokojnie mogliby wystapić w tym teledysku. Od razu uprzedzam, że całego dzieła nie wysłuchałam do końca. Widać nie tylko Polandia disco polo słucha. Badziewie jest wszędzie.
A potem... wszystkie drzewa nasze są...
Walka z zerwaną nitką prawie mnie pokonała. Raz działało, raz nie... Szukanie wiedzy w internecie efekt dawało mizerny. Zgrzytnęłam zębami i poszłam na kurs oswajania overlocka (takie nauki małżeńskie po ślubie). Trochę czułam się jak debil, gdy okazało się, że nóż można też ustawiać, albo zadając pytanie w stylu: a po co to pokrętło? Przeszło mi jak zobaczyłam, że kobitki zadają podobne pytania mimo, że wyposażone są w pełną instrukcje obsługi maszyny w ich własnym języku zresztą. Z kursu wyniosłabym więcej, gdybym miała większe obycie z overlockiem. Ale oczywiście nie żałuję, bo sama to mogłam sobie do usranej śmieci ta dolna nitkę montować. Prowadząca od razu zlokalizowała problem nawet bez wnikliwego hipnotyzowania maszyny jako to ja zazwyczaj czynię z każdym nowym sprzętem :)
Przy okazji okazało się, że prowadzi też kursy kroju i szycia, wiec jak nic nie wybuchnie to może od września się zapiszę. Będę się profesjonalizować :D
Ale tak w ogóle, to ja o czymś innym chciałam. Mianowicie posiadając overlocka doszło do mnie, że trzeba by się i w nici do niego zaopatrzyć, bo 4 sztuki białych niekoniecznie nadadzą się do wszystkiego. Rozpoczęłam poszukiwania i znalazłam istny sezam - wsio po 0,50 centów. Dumna i nadmuchana jak zeppelin na wietrze, że tak sprawnie mi poszło napisałam do sprzedającego o tajemniczym imieniu MO (komuś się kojarzy??) nieco zdezorientowana informacją, że najchętniej to on by wszystko na raz sprzedał. Przezornie zatem zapytałam czy opcja "nie wszystko" tez wchodzi w grę i ile jest "to wszystko". Oczyma wyobraźni jednak już widziałam te szpulki, wybierałam kolory no i rozplanowywałam, które do jakich materiałów posiadanych się nadadzą. Jak już mi ten ostatni MO-hikanin odpisał okazało się, że on najchętniej sprzeda wszystkie hurtem. Bagatela 10.000 sztuk. A jak będę nastawać na pojedyncze egzemplarze to on sobie życzy 2,50E. Nie odpisałam nawet arabusowi, bo musiałabym mu elegancko powiedzieć, żeby się w dupę sa-MO-dzielnie pocałował, bo za max 1,50E to kupię sobie w sklepie online.
W ten oto sposób nie zrobiłam niciowego biznesu życia, za to po raz kolejny przekonałam się, że moja intuicja działa, a robienie interesów z ciapatami obarczone jest sporym ryzykiem.
A Wy macie jakieś sprawdzone/ulubione marki i dostawców? Zawsze używacie idealnie dopasowanych kolorystycznie nici do obrzucania na overlocku?
W poprzednim poście pisałam o muzyce serwowanej w barze w Rotterdamie. To wczujcie się w klimat, a będzie wiedzieć czemu uciekłam. Swoja droga "artyści" z baru spokojnie mogliby wystapić w tym teledysku. Od razu uprzedzam, że całego dzieła nie wysłuchałam do końca. Widać nie tylko Polandia disco polo słucha. Badziewie jest wszędzie.
środa, 26 czerwca 2013
Światowo...
Czasem człowiek musi... inaczej się udusi. No więc mnie naszło na wyjście do świata. Wielkiego świata. Z koleżanką wybrałam się do Rotterdamu. Do wyboru była jazda samochodem i robienie za Boba trzeźwego jak świnia, względnie dobrowolne skazanie się na transport publiczny, co też uczyniłam. Wydostanie się z mojej wiochy bez samochodu to istna wyprawa. Jeden autobus na godzinę zaliczający wszelkie malownicze wioski i wioseczki po drodze.
Wybierając knajpę kierowałyśmy się dwoma czynnikami - byle było miejsce koło kominka (czy jak tam zwał te ogródkowe grzacze) i nie straszyli muzyką. Dosyć szybko nam się to udało. Pozornie. Ni z tego ni z owego muzykę zmieniono na przyśpiewki juhaskie czy tam inne holenderskie disco polo. Do tak atrakcyjnej muzy na bar wskoczyła jakowaś dziewoja. Sądząc po przyodzieniu i zażyłości z personelem pracownica tejże knajpy. Przymała koszulka, opięte legginso-spodnie na grubej dupie i bita śmietana serwowana na to cudne ciało... Tandeta na maksa. Chyba jedynie pani managjer na folwarku mogłaby ją przebić. Ale miałyśmy miejsce tuż przy piecyku, a wiatr na dworze przewracał barierki, więc jakoś wystawianie się na szaleństwa pogodowe nie bardzo nam pasowało.
Po jakimś czasie do baru weszła wycieczka z Alcatraz. Z 10 facetów w takich samych szaro-niebieskich koszulach z jakimś stemplo-nadrukiem. Jeden z nich wskoczył raźno na stolik i rozpoczął disco pląsy. No bywa. Na zewnątrz przemknęła jakaś uciekająca panna młoda goniona przez króliczka. Przetarłam oczy. Sprawdziłam procenty na butelce piwa i chwilę potrzymałam w głowie myśl o wizycie u psychiatry...
Wkrótce do tandeciary na barze dołączył osobnik o gabarytach sumo i rozpoczął swoje wygibasy. No bywa... Dziwne tylko, że ten bar się pod nimi nie zawalił. Na koniec sumo zdjął koszulę trzęsąc zwojami tłuszczu w rytm "you can leave your hat on...." a tandeciara odziała się "seksownie" w jego namiot, znaczy się koszulę. O żesz kurwa... a to była dopiero 21! Duszkiem dopiłyśmy piwo, zapłaciłyśmy i dałyśmy nogę.
Na zewnątrz czekał na nas Hitchock. A właściwie jego ptaki. Dwie solidnie wypasione mewy (a może jakieś ptactwo mewopodobne) zacięcie walczące o zwłoki gołębia. Hałas przy tym robiły i dźwięki wydawały co najmniej mało przyjazne. Centrum Rotterdamu. No bywa.
W kolejnym barze muzyka była więcej niż dobra. Miejsce wynalazłam tuż przy piecyku. A obsługa miała klasę i wyjątkowy urok. Śliczne dziewczyny. Wrzuciłam je do kolekcji ładnych holenderek liczącej jak do tej pory 2 sztuki :) Choć te akurat miały mało holenderską urodę. Pewnie jakieś latynoskie mieszanki. Niestety. Wybiła godzina zero, znaczy się czas na ostatni autobus do domu i tak oto skończyło "wyjście do miasta".
Naszła mnie refleksja, że im większy zapasiony obrzydluch tym mniejsze ma opory do eksponowania tych "walorów". A jest wiele ślicznych dziewczyn, które nie "lansują się", choć by mogły. Może to się właśnie nazywa styl i klasa?
Wybierając knajpę kierowałyśmy się dwoma czynnikami - byle było miejsce koło kominka (czy jak tam zwał te ogródkowe grzacze) i nie straszyli muzyką. Dosyć szybko nam się to udało. Pozornie. Ni z tego ni z owego muzykę zmieniono na przyśpiewki juhaskie czy tam inne holenderskie disco polo. Do tak atrakcyjnej muzy na bar wskoczyła jakowaś dziewoja. Sądząc po przyodzieniu i zażyłości z personelem pracownica tejże knajpy. Przymała koszulka, opięte legginso-spodnie na grubej dupie i bita śmietana serwowana na to cudne ciało... Tandeta na maksa. Chyba jedynie pani managjer na folwarku mogłaby ją przebić. Ale miałyśmy miejsce tuż przy piecyku, a wiatr na dworze przewracał barierki, więc jakoś wystawianie się na szaleństwa pogodowe nie bardzo nam pasowało.
Po jakimś czasie do baru weszła wycieczka z Alcatraz. Z 10 facetów w takich samych szaro-niebieskich koszulach z jakimś stemplo-nadrukiem. Jeden z nich wskoczył raźno na stolik i rozpoczął disco pląsy. No bywa. Na zewnątrz przemknęła jakaś uciekająca panna młoda goniona przez króliczka. Przetarłam oczy. Sprawdziłam procenty na butelce piwa i chwilę potrzymałam w głowie myśl o wizycie u psychiatry...
Wkrótce do tandeciary na barze dołączył osobnik o gabarytach sumo i rozpoczął swoje wygibasy. No bywa... Dziwne tylko, że ten bar się pod nimi nie zawalił. Na koniec sumo zdjął koszulę trzęsąc zwojami tłuszczu w rytm "you can leave your hat on...." a tandeciara odziała się "seksownie" w jego namiot, znaczy się koszulę. O żesz kurwa... a to była dopiero 21! Duszkiem dopiłyśmy piwo, zapłaciłyśmy i dałyśmy nogę.
Na zewnątrz czekał na nas Hitchock. A właściwie jego ptaki. Dwie solidnie wypasione mewy (a może jakieś ptactwo mewopodobne) zacięcie walczące o zwłoki gołębia. Hałas przy tym robiły i dźwięki wydawały co najmniej mało przyjazne. Centrum Rotterdamu. No bywa.
![]() |
| Może i dobrze, ze zdjęcie niewyraźne... Fota nie oddaje gabarytow ptactwa. |
W kolejnym barze muzyka była więcej niż dobra. Miejsce wynalazłam tuż przy piecyku. A obsługa miała klasę i wyjątkowy urok. Śliczne dziewczyny. Wrzuciłam je do kolekcji ładnych holenderek liczącej jak do tej pory 2 sztuki :) Choć te akurat miały mało holenderską urodę. Pewnie jakieś latynoskie mieszanki. Niestety. Wybiła godzina zero, znaczy się czas na ostatni autobus do domu i tak oto skończyło "wyjście do miasta".
Naszła mnie refleksja, że im większy zapasiony obrzydluch tym mniejsze ma opory do eksponowania tych "walorów". A jest wiele ślicznych dziewczyn, które nie "lansują się", choć by mogły. Może to się właśnie nazywa styl i klasa?
piątek, 21 czerwca 2013
Słowa kluczowe - part 4
Cykliczny post, stałym bywalcom znany :) Rzekłabym... antydepresyjna lektura ;)
- Ptaaaki cudaki pan robotka...
- Wioleta 18 lat obciaganie Nowy Targ - no masz... wiedziałam, że te guziki przyciągną jakieś... ciekawostki ;)
- optymistyczne pozy blogspot - co jak co, ale optymizm to u mnie aż bucha,
- kupię rybke mimi mini maskotka wrocław
- jaka jest wstążka na black eyed peace...
- burda pod sama szyję
- wykroje sukni wieczorowych dla lalek... -
Subskrybuj:
Posty (Atom)





