Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online

sobota, 30 marca 2013

Wyszperałam w necie adekwatne do okoliczności. Co prawda w Holandii tfu tfu tfu śniegu nie ma, ale temperatura z wiosną nie wiele ma wspólnego.
Bałwan Poziomka życzy Wam wesołych, (bo ciepłe to na pewno nie będą) Świąt!

A ja...A ja...  I'm dreaming of a green Easter...

piątek, 29 marca 2013

From Holland with love - magic car czyli wielkanocna retrospekcja


Jak to przed świętami - zamieszanie. Jedni już wyjechali, inni się pakują, jeszcze inni myślą czy wyjechać... Próbuję zapanować nad tym chaosem zanim sama wyjadę. Idę do jednego z pokoi po klucz od samochodu. Przygotowuję sobie odpowiednie expose spodziewając się dyskusji, tłumaczeń czy kłótni. Ku mojemu zdumieniu klucz oddają mi natychmiast i bez żadnego marudzenia. Trochę mnie to dziwi, ale myślę sobie, że to pewnie na okoliczność ich stanu wskazującego (jest godzina 10).  Przez podwórko idę do siebie i... dociera do mnie.  Klucz do samochodu mam. TYLKO SAMOCHODU NIE MA!!!  Kręcę się po podwórku, obiegam budynek dookoła, skłonna jestem nawet pod kamienie zaglądać, choć wiem, że to nie zmieni faktu, że samochodu na podwórku po prostu nie ma. Wracam do debili i pytam:
- Daliście mi kluczyki od samochodu, ale gdzie jest samochód?
- A my nie wiemy.
- W poniedziałek jechaliście do sklepu i co się potem stało z samochodem?
- A my nie wiemy. Ostatni raz w piątek do pracy nim jechalim.
Wiem, że kłamią, ale jeszcze nie wiem jak to udowodnić.  Dzwonię do szefa  i mówię, że samochód wcięło. Potem przez godzinę wydzwaniam, wypytuję, przeprowadzam prywatne śledztwo próbując dojść kto i kiedy ostatni raz jechał samochodem. Jak nic wychodzi, że Mati z jakimś pasażerem ruszył autem do sklepu. Coffee Shopu niechybnie. A potem ślad po nim zaginął. Po samochodzie. Mati niestety jest.
- Wiem, że jechałeś w poniedziałek z kimś do sklepu, więc gdzie jest teraz samochód?
- A skąd mam wiedzieć? Przecież my pijemy.
No tak, ten argument jest niezaprzeczalny. Macham ręką i czekam na szefa.  Próby wydobycia przez bossa informacji, co się wydarzyło w poniedziałek wieczorem i gdzie jest samochód również palą na panewce. W końcu wiedząc, że sami sobie nie poradzimy dzwonimy po policję. Po kilkunastu minutach przyjeżdżają i rozpoczynają dochodzenie. Zeznania orłów są stanowcze - samochodu nie widzieli od piątku, do sklepu samochód pojechał sam, a oni są biedni, nieszczęśliwi i wszyscy (szczególnie ja) czepiają się niewinnych.
- A panowie coś dzisiaj pili? Wino, wódkę, piwo? - pyta policjant.
Tłumaczę pytanie.
- Nooo.. wódkę
- A ile? - docieka policjant
- Dffaa litry - odpowiada ADHD
- Ile???? - pytam (jest godzina 12).
- Dfffaa litry - powtarza. Tłumaczę policjantowi i widzę jak oczy zaraz wyjdą mu z orbit.
- Aleee na dffuuch - bełkocze ADHD.
 W sumie trudno się im dziwić. Takie stresy i taka odpowiedzialność...
- Gdzie jest samochód - dopytuje policjant?
- Nie wiem. Może na autostradzie? - odpowiada Mati
- My nie jechaliśmy do żadnego coffee shopu. Co mi pani opowiada. Możemy tam jechać. Niech powiedzą czy tam byłem czy nie. Mnie każdy pozna przez moją fryzurę. Fakt, ADHD ma charakterystyczny fryz - skrzyżowanie dywanika z fryzurą na polskiego szlachcica.
- A my nie mówiliśmy nic o coffee shopie - rzucam radośnie widząc, że panowie zaczynają się gubić - Tylko o sklepie - dodaję tłumacząc zaraz policjantom naszą rozmowę.

W końcu nawet policjanci nie wytrzymują i stwierdzają, że skoro nie chcą powiedzieć, gdzie jest samochód to zabierają ich na komisariat. Mati się łamie i tak oto płynie historia jak to pojechali do coffee shopu, zabrakło im benzyny, więc zostawili samochód na poboczu i poszli na stację benzynową, a jak wrócili to samochodu już nie było. Zniknął. Magic car. Jak u Copperfielda.
Przy pomocy policji ustalamy, że auto stoi na parkingu odholowane.
Przez kolejne godziny załatwiamy formalności. Auto jest bez benzyny, z rozładowanym akumulatorem, a mnie czeka zadanie przyprowadzenia go "do domu".  Przyjeżdżam tym klamotem zmęczona tak, jakbym rowy przez tydzień kopała. Mam ochotę zabić tych debili. Po powrocie zastajemy panów w dużo lepszych (na pewno lepszych niż nasze) nastrojach, bo w końcu nic się nie stało przecież. Samochód się znalazł.
Ich dobry nastrój wspomaga kolejna butelka wódki na stole. Mam ochotę ich roztrzaskać o ścianę, bo samo wywalenie z roboty i hotelu wydaje mi się mało satysfakcjonujące. Opatrzność okazuję się dla mnie łaskawa.
W ferworze dyskusji, któryś z pijaczków podsuwa mi komórkę pod nos i komenderuje:
- Mów!
Biorę telefon i słyszę, że po drugiej stronie  ktoś  turecko-angielskim pyta o nasz adres. Podaję adres i słyszę:
- You speak iingliszzz verrrry well. You can tell Yorrr frrriends if they have morrre colleagues I can give them job tuuu...
Piorun we mnie uderza, ale grzecznie przedstawiam się, podaję firmę i informuję, że to nie są moi koledzy tylko pracownicy, których właśnie wyrzucam z pracy i hotelu. A tak w ogóle to są kompletnie pijani. Po chwili milczenia słyszę w słuchawce.
- Uuuups... I didn't know. Thanks.
No i co ty zrobiłaś – bełkocze Mati, świadom użytego słowa “drunk”
Właśnie wystawiłam wam referencje...

I smacznego jajka!

środa, 27 marca 2013

Niespodzianka Franka nie czytać przy jedzeniu

Kot, to kot. Chodzi swoimi drogami. Śpi cały boży dzień. A jak nie śpi to z tych dróg, którymi łazi przynosi różne łupy wojenne.
To że przynosi mi na dowód miłości i wdzięczności za codzienna porcje whiskasa myszy, szczury a nawet ptactwo wszelakie to już norma. Trudno się przyzwyczaić, ale cóż... trudna rada w tej mierze..
Dziś na kuchennym dywaniku jako atrakcja poranka znalazł się... królik albo inny zając. Z uwagi na odgryziona  łepetynę odpowiedzieć nie mógł któż on zacz...
Tylko czekać jak mi Franio przywlecze do domu kaczkę, gęś albo innego łabędzia. I w końcu nas zamkną. Oba dwaj za wytrzebianie holenderskiej fauny.

niedziela, 24 marca 2013

Burgund i świnka

Za oknem hula wiatr i mam wrażenie, że skali zabrakło na to jego rozchwianie emocjonalne. Wiatr prócz bólu głowy przypędza też czasem zmiany. A czasem niespodzianki. W czwartek przywiał mi z Polski przepiękny szlafroczek, który wygrałam u szyjącej kobiety w gorsetowym konkursie. W tym miejscu po raz kolejny chcę podziękować zarówno za śliczny i bardzo kobiecy szlafroczek, w uszycie którego Wiola włożyła na pewno dużo serca oraz za świetną zabawę, wszelkie dyskusje i plany około-gorsetowe.

Prawda, że uroczy? I zapewniam Was, że kolor w rzeczywistości faktycznie przypomina brurgund :) Tu wygląda raczej jak... przepraszam bardzo... śliwka węgierka.

Żeby nie było, że byle wiatr czy ból głowy mnie zniechęci do działania wrzucam zdjęcie bluzki z kwietniowej Burdy model 119.
Bluzka jeszcze nie skończona. Rękawy na razie przyfastrygowane. Tym razem ich bufkowatość wynika z wykroju, a nie z mojej pomysłowości nieudacznika. Z lekka utknęłam na wiązadłach, które powinny być zamontowane w środku, ale jakoś nie bardzo wiem jak się do nich zabrać. Holenderska Burda  życia mi nie ułatwia. Kolor bluzeczki różowy, choć bardziej w stylu pink prosiaczek niż pink panter.

Jako osoba związana z farmą Orłela nie mogę się przecież obyć bez różowego ubranka w stylu... były sobie świnki trzy... A dla tych, którym marzy się kraina mlekiem i miodem płynąca:





.

wtorek, 19 marca 2013

Kurczak w winie

Z dedykacja dla Ani ;)

KURCZAK W WINIE

Kurczaka bardzo starannie umytego układamy na dnie naczynia, najlepiej szklanego. Dodajemy goździki i cynamon, skrapiamy cytryną.
Tak przygotowanego kurczaka zalewamy szklanką białego wina, szklanką wina czerwonego, dodając 100g ginu, 100 g koniaku, 200g Smirnoffa i 50 g rumu. Potrawy nie musimy nawet poddawać obróbce cieplnej.

Kurczaka możliwie jak najszybciej wyrzucamy, bo jest do dupy.
Natomiast ..... Sos! Sos! Paluszki lizać!!!
UWAGA!!!
Kurczak musi być martwy, bo inaczej bydle sos wychleje.
Smacznego :)
 

niedziela, 17 marca 2013

Poligonowa kopertówka


KOPERTÓWKI. Takie bluzki i swetry po prostu uwielbiam. Super kobiece, wygodnie i szybkie w obsłudze.
Wszystkie moje kopertówki są ją już mocno wyeksploatowane, toteż  postanowiłam sprawić sobie nową.

Na egzemplarz ćwiczebny przeznaczyłam granatowe płócienko. Wykrój pochodzi z Szycia krok po kroku 1/2006 (kilka polskich gazet jakimś trafem mi się uchowało). Wbrew pozorom ten model wcale nie był taki szybki w szyciu jak mi się pierwotnie zdawało. Najbardziej irytujące okazało się... przewlekanie pasków na prawą stronę.
Skorzystałam z Waszych rad (dziękuję bardzo!) udzielonych mi przy wszywaniu rękawów do marcowej szarówki i mam wrażenie, że tym razem rękawy wyszły bardziej plaskato czyli tak jak powinny. Ciągle nie idealnie, ale kolejny krok za mną :)
Efekt poniżej.

Troszkę się przy tej bluzce pobawiłam. Tak dla wprawy i ćwiczenia. Wiecie... taki poligon doświadczalny trochę. Rękawy przeszyte z użyciem podwójnej igły. Nie wiem czemu tak się tego ustrojstwa obawiałam wcześniej. Dół podszyty z użyciem stopki do ściegu krytego. Jakby bluzka miała dziurki i guziki to pewnie też bym stosowne stopki przetestowała :)

Weekend okazał się bardzo pracowity. Skończyłam ww. bluzkę. Z ostatniej kwietniowej Burdy wykroiłam sukienkę model 121 oraz bluzeczkę model 119 (obie pokazywane TU ).  Zrobiłam też wykrój na torebkę z książki Uszyj w jedno popołudnie, do kompletu z tejże książki - etui na okulary oraz wykroiłam toczek-fascynator, który pokazywałam TU.  Ciekawa jestem czy cokolwiek z tego mi wyjdzie :)
Na razie przed szyciem wstrzymują mnie braki stosownych zamków, nici a przede wszystkich fizeliny.  Jak uzupełnię zapasy, najwcześniej pewnie w weekend zabiorę się do pracy.


piątek, 15 marca 2013

Burda, burda, burda ach to ty... Burda 4/2013

Kwietniowy numer Burdy, po zajawce, którą przyuważyłam u Choco kupiłam w ciemno. I jak dla mnie jest tam kilka rzeczy, które mi się podobają. To prawda, nawet ja mogę zauważyć, że niektóre modele mają tendencje do powtarzania się, ale moje zasoby Burdy nie są aż tak ogromne, żeby mi to doskwierało.
W tym subiektywnym wyborze pominęłam modele dużogabarytowe, dla małych i dużych mężczyzn tudzież robótki ręczne.
Nie pociągają mnie też jakieś nowoczesne akobiece kształty, więc wybrałam modele, w moim odczuciu dziewczęce i ponadczasowe. Rzućcie zatem okiem na to, co spodobało mi się w kwietniowej Burdzie.

Cudowny dziewczęcy zestaw na ciepłe dni. Tak... słusznie tu co niektórzy zauważą w tej bluzeczce gorsetowe ciągoty :) W tym miejscu odsyłam wszystkich do szyjącej kobiety, która napracowała się szyjąc dla gorseciar (w tym dla mnie) śliczne szlafroczki. Jako członkini satynowej bandy jeszcze raz dziękuję! :)


Mówcie co chcecie mnie się podobają. Kobiece, retro i ponadczasowe. W czarnej bluzeczce zwróciłam uwagę na marszczenia rękawów. Eeeh.. żeby mi jeszcze to wszywanie rękawów lepiej wychodziło...

Tak, ten model z lekka pachnący MM już był. Ale i tak uważam, że jest uroczy.
Sukienka prosta i przez to interesująca. Pomyślałam, że  na szybciora uszyta z jakiegoś cieplejszego materiału może być także noszona  z jakimś docieplaczem pod spód - koszulką czy bluzką także w chłodniejsze dni.

I na koniec odrobina luksusu... Zapragnęłam mieć tego broszko-robala. Przeszło mi po zobaczeniu ceny. Dodam, że nie był to najdroższy ozdobnik ;)
Wszystkie zamieszczone zdjęcia są skanami z Burdy  kwiecień 2013.