Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online

środa, 4 września 2019

Wolność...

Wolność. Kocham i rozumiem. Wolności... oddać  nie umiem...

Korporacje, niewolnicze obozy pracy, włażenie szefom w dupę. Albo ja się wynoszę, albo mnie wynoszą. Bo wolność... Kocham i rozumiem. Wolności... oddać nie umiem...

Związki, faceci, uprzedmiotowienie. I ciągle się zastanawiam, jak kobiety mogą się godzić na przykucie kajdanami do tych złotych klatek? To co, że zdradza, grunt, że wraca do domu i płaci rachunki... To co, że okłamuje, oszukuje, manipuluje. To co, że przywalił...
I ciągle się dziwię jak daleko mogą się posunąć, jak bardzo zeszmacić, aby utrzymać status szczęśliwej pani jebitnego domu, wypasionego samochodu i możliwości siedzenia w domu i pryskania się 54 flaszką perfum. Znam taką jedną co nawet zgodziła się na wizyty kochanki we własnym domu byle "jej nie zostawił'. Godność? Poczucie własnej wartości? Szacunek do siebie? A cóż to takiego w porównaniu z wygodnym życiem i bańką mydlaną samooszukańczej wizji szczęśliwego związku.
I ciągle nie wiem czy bardziej mnie to smuci czy brzydzi. A ja cóż... wolność. Kocham i rozumiem. Wolności... oddać nie umiem.
Ale jak to kiedyś powiedziała moja koleżanka - takich kobiet jest mnóstwo. I to ja jestem dziwna.

Cóż...wolność. Kocham i rozumiem. Wolności... oddać nie umiem. I ciągle mam nadzieję, że  nie jestem odosobniona...



wtorek, 3 września 2019

Casa di carta. Potrzeba matką wynalazków

Dalszy ciąg historii mojego domu z papieru.


W obecnej łazience nie ma miejsca na pralkę. Chcąc nie chcąc musiałam pralkę zainstalować w kuchni. I tak oto pralka i zmywarka w jednym stały rządku... Ozdoba... średnia. Rodzi mi się w czerepie jakaś wizja ukrycia tego towarzystwa, ale jest ona niczym jesienne mgły na holenderskich polach. Równie wyraźna i gęsta co szybko znikająca... Ale... dziś nie o pralce ma być, choć jej usytuowanie wymusiło pewien eksperyment. Śmiem twierdzić, że udany. W każdym razie - mnie się podoba.

Wiadomo, że jak jest pralka to i jakiś kosz na rzeczy do prania by się przydał, Kosz na bieliznę w kuchni... Coś co nie zajmowałoby dużo miejsca, pasowało i jeszcze przyzwoicie wyglądało. A łyżka na to - niemożliwe. A jednak... W jakowymś przebłysku boskiej, kobiecej, wiedźmowej intuicji (wybierzcie sobie pasujący Wam światopoglądowo wariant) przypomniało mi się o workach pocztowych, które nie bardzo wiem jak i po co znalazły się w moim posiadaniu. Jak już się znalazły, to ja, jako ten chomik idealny trzymałam je wedle reguły "kiedyś, na coś się przydadzą". I proszę bardzo. Się przydały.

I tak oto w kuchni zawisły wory na brudną bieliznę.





niedziela, 1 września 2019

Dom z papieru albo historia jak wyremontować zamek z piasku


Trochę mnie tu nie było... Głównie z braku czasu w czasie, bo w ciągu ostatniego pół roku działo się (i dzieje się) wiele. Trochę z braku siły, trochę z braku chęci. Mogłabym obiecywać, że będę pisać częściej, ale... cóż... nie będę, bo teraz już wszystko będzie inaczej. I choć tematów oraz sfer w życiu, które się zmieniły jest sporo, o prywacie pisać nie będę. No chyba, że tyczyć ona będzie moich działań kreatywnych.

Po przeprowadzce dużo wody upłynęło zanim uporałam się z remontem mojego domu z papieru vel zamku z piasku, który jeszcze nie runął. Mały uroczy domek przez poprzednich właścicieli był potwornie zaniedbany. Tapety były w opłakanym stanie. Brudne niczym święta ziemia. Podrapane i odłażące. Optymistyczna wizja "to się pomaluje" padła niczym tynk po wbiciu gwoździa.










Zdjęcia nie oddają "uroku" tych ścian. Trudna rada w tej mierze, przyszło te brudne paskudztwa zrywać. Mozolnie, na raty, eksperymentując z metodami zwilżania tapet (przerobiłam namaczanie wałkiem, pędzlem i spryskiwaczem) pozbyłam się tego obrzydlistwa. I oto moim oczom ukazały się takie przecudne widoki.




O ile tapety były koszmarne, to to co się ukazało pod nimi sprawiło, że poczułam się jak bohaterka budowlanego horroru rodem ze Stephena Kinga. Plamy, nierówności, dziury. No cóż... trudna rada w tej mierze, przyszło to szpachlować. Uzbrojona w wiedzę fachową, głównie z internetu tudzież gips, szpachelkę i preparat gruntujący zabrałam się do pracy. Powolnie i na raty za to z narastającym zmęczeniem i frustracją. Jako rzecze internet najpierw powinnam była owe dziury i pęknięcia oczyścić. I tako też planowałam zrobić. Tyle, że już pierwsza dziurka wielkości pół centymetra oczyszczana pędzelkiem zaczęła się sypać niczym... zamek z piasku. Gdy się powiększyła do sześciu centymetrów machnęłam ręką na mądre a fachowe instrukcje, chwyciłam za pędzel i zamalowałam wszelkie dziury preparatem gruntującym. Mało fachowo, ale skutecznie. Tak wiem, powinno się pewnie wszystko skuć i położyć nowe tynki, ale z wielu powodów nie wchodziło to w grę. Cóż... kolejna prowizorka chyba nie stanowi już wielkiej różnicy temu domostwu.


Kiedy przestałam już płakać patrząc na te ohydne ściany i czując się jak żul w obskurnej melinie, kiedy zaniechałam prób walenia głową w ścianę (głównie z obawy, że ściany tego nie wytrzymają), kiedy zagruntowałam co miałam zagruntować i zaszpachlowałam to, co zaszpachlowania wymagało przyszedł czas na tapety i malowanie. Wygrały tapety - maskujące drobne (albo i niedrobne) niedoskonałości ścian, czystsze w obróbce i bezwonne. I tak oto zaczął się powoli wyłaniać mój szary zamek z piasku...

Ściana z tapetą i bez... Jest różnica? 


Szarości i fuksja na salooonach...






I wreszcie... moja duma - sypialnia. Dwie ściany pokryte zostały tą samą tapetą co w salonie. Pozostałe zostały pomalowane. Pierwszą warstwą jest fiolet, na który po wyschnięciu położyłam używając szmat, gąbki i pędzla trzy kolory - róż, fiolet i szary. Przecierka wyszła dokładnie taka jak chciałam, może nawet lepsza.


Pierwsza warstwa farby. Fiolet choć piękny okazuje się mało fotogeniczny. Przy okazji widać typowy holenderski, sznurkowy wyłącznik światła.  







Dekoracje się zmieniają. Eksperymentuję. Zdekupażowane butelki także znalazły w końcu swoje miejsce. Nawet Lola wkomponowała się kolorystycznie.

Dekoracja z ogrodu. Nie mam pojęcia co to jest i liczę jedynie, że nie jest to kolejna trucizna  odkryta w ogródku.



Jeszcze dużo pracy przede mną, ale dom zaczyna przypominać miejsce do życia, a nie spelunę. Powoli zaczynam mieć nadzieję, że dobrze będzie nam się tu mieszkało. Ciąg dalszy na pewno nastąpi...
W następnych odcinkach: o miłości do Lucyfera (cokolwiek to znaczy),  potrzebie, co to jest matką wynalazków oraz toksycznym ogrodzie.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Piosenka na dziś - Alive

I was born in a thunderstorm
I grew up overnight
I played alone
I played on my own
I survived
Hey
I wanted everything I never had
Like the love that comes with life
I wore envy and I hated it
But I survived

I had a one-way ticket to a place where all the demons go
Where the wind don't change
And nothing in the ground can ever grow
No hope, just lies
And you're taught to cry in your pillow
But I survived

I'm still breathing, 
I'm still breathing,
I'm still breathing, 
I'm still breathing
I'm alive
I'm alive
I'm alive
I'm alive

I found solace in the strangest place
Way in the back of my mind
I saw my life in a stranger's face
And it was mine

I had a one-way ticket to a place where all the demons go
Where the wind don't change
And nothing in the ground can ever grow
No hope, just lies
And you're taught to cry in your pillow
But I survived

I'm still breathing,
I'm still breathing,
I'm still breathing, 
I'm still breathing
I'm alive
I'm alive
I'm alive
I'm alive

You took it all, but I'm still breathing
You took it all, but I'm still breathing
You took it all, but I'm still breathing
You took it all, but I'm still breathing
You took it all, but I'm still breathing
You took it all, but I'm still breathing
You took it all, but I'm still breathing
You took it all, but I'm still breathing

I had made every single mistake
That you could ever possibly make
I took and I took and I took what you gave
But you never noticed that I was in pain
I knew what I wanted; I went in and got it
Did all the things that you said that I wouldn't
I told you that I would never be forgotten
And all in spite of you

And I'm still breathing, I'm still breathing
I'm still breathing, I'm still breathing
I'm alive (You took it all, but I'm still breathing)
(You took it all, but I'm still breathing)
I'm alive (You took it all, but I'm still breathing)
(You took it all, but I'm still breathing)
I'm alive (You took it all, but I'm still breathing)
(You took it all, but I'm still breathing)
I'm alive

I'm alive
I'm alive
I'm alive
I'm alive


Tak... ciągle jeszcze oddycham. Żyję... 

niedziela, 17 marca 2019

Króliczy komplecik

Wyjątkowo dla chłopca, bo na gift. Zrobiony z bawełny Dropsa. Metki wyrzuciłam nieopatrznie, więc dokładnie nie pamiętam cóż to było.

Śpioszki stworzone na bazie kilku tutoriali i koncepcji, znaczy się kombinacji własnej. Kombinacja zaowocowała tym, że pierwowzór musiał zostać spruty inaczej miałabym dosyć oryginalny, jednoczęściowy strój kąpielowy :D

 Buciki wyszperane na Instagramie. Królik maskotka takoż. Tyle, że mój nie wyszedł tak urodziwy jak w oryginale. Za to spełnia wymagania zabawki, bo upchnięty w brzuszku królika mechanizm piszczy, gdy się maskotkę ściska.

Zdjęcia byle jakie, ale pogoda fotom nie sprzyja. W obawie, że jak tak będę czekać na lepszą aurę, to dziecko prezent dostanie na osiemnaste urodziny, zdjęcia robione w szaroburych okolicznościach. Trudno.





piątek, 26 października 2018

Torba borba albo wory na 5 kilo kartofli

Z lekka zarażona przez koleżankę wizją ekologiczego życia tudzież modnego obecnie nastawienia "zero waste" wydziergałam dwie siaty na zakupy. Takie bardziej na zakupy w lokalnym sklepie czy na targ niż na wyprawę do Lidla robioną "w mieście" raz na tydzień. Od tego są wielkie torby z supermarketów. Co prawda mało ekologiczne i jeszcze mniej urodziwe, ale za to wielorazowe i wyjątkowo pojemne.

Obie moje siatki zrobione są z akrylu. Tak wiem, mało ekologiczny twór, ale po pierwsze wyrabiam akrylowe zapasy, a po drugie do prototypów i eksperymentów idealne. Przy opcji - tak namotałam, że nawet spruć się nie da, wyrzucić nie szkoda. No tak, z zero waste to znowu niewiele ma wspólnego. Wychodzi na to, że długa droga u mnie będzie do tych ekologicznych transformacji.


Pierwsza, szara torba, zrobiona jest na szydełku. To efekt zmiksowania kilku tutoriali na youtube. Ujmę to tak - z szydełkiem to ja się raczej nie polubię. Nie lubię robienia, struktury a przede wszystkim ciągle kojarzy mi się z kwadracikowymi szkaradkami w stylu bieda design rodem z Domku na prerii. A już na pewno w moim wydaniu.


Uchowały się jeno zdjęcia z produkcji. Zrobiona siatka trafiła do rąk koleżanki. Oby się dobrze nosiła.


Druga siata to już totalna twórczość własna. Robiona na drutach. Oczka na dolną część nabierane metodą na dwa druty (tak jak do robienia skarpetek od palców). Metodę uwielbiam, ale nie pytajcie mnie jak się ona fachowo nazywa. Pierwsza część robiona na drutach numer 6, dalsza siateczkowa na numerze 8. Zalecane przez producenta druty do tego akrylu to 4-5.
Wzór ażuru znalazłam oczywiście na pinterest i jak ta durna trzymałam się opisu ze zdjęcia dziwiąc się, że czasem wychodzi, a czasem nie. Miałam własną wizję modyfikacji, no ale co ja się będę na ingerencje we wzór porywać! Dopiero prawie w połowie torby znalazłam filmik IK potwierdzający, że moja wizja była słuszna i zalecana, a porywać się należało. Nikt tak prosto, logicznie i obrazowo nie tłumaczy jak Agnieszka, która jak dla mnie była, jest i będzie Królową rękodzielniczych tutoriali!

Wyglądam na małą i niepozorną torbę... Widać różnicę gdzie się trzymałam opisu, a gdzie poszłam po rozum do głowy, a dokładniej to do wskazówek IK. Na szczęście w stanie rozciągnięcia tego błędu aż tak nie widać. 

ale proszę jak się rozciągam...


I to by było na tyle z torborobienia.

sobota, 20 października 2018

Bzowa babuleńka

Bzowa, bo taki kolor. Bzowa, bo zaczynałam robić jak bzy kwitły... A przy okazji pamiętacie Bzową Babuleńkę Andersena? Oczywiście z rysunkami ukochanego Szancera. Są tu fani jego twórczości?


Teraz jak tak patrzę na ten rysunek to myślę sobie, że ten bez u Mistrza Szancera jakoś mi bardziej przypomina  Barszcz Sosnowskiego... Ale cóż... Jakie życie taki bez, nie dziwi nic...

Bzowa babuleńka miała swoje trzy podejścia. Pierwotnie sweter  miał mieć żakardowe kocie wstawki. Niestety włóczka ta nie nadaje się do żakardów, co wyszło niestety w trakcie i pół frontu uległo spruciu. Widać tak miało być, że zauważę filozoficznie. Dziwne, że na próbce koty zachowywały się normalnie i dopiero przy większych gabarytach zaczęły hasać. Porażka nie została uwieczniona.


Podejście drugie to wzór swetra samostworzony, zainspirowany instrukcją ściągacza owijanego Intensywnie Kreatywnej. Sweter robiony na okrągło od dołu.  Na przodzie miała być plisa z guzikami, ale doszłam do wniosku, że zaburzy to wzór, który śmiem twierdzić całkiem przyzwoicie się zgrał. Rękawy pseudoraglanowe robione z innej włóczki. Koncept wymuszony ilością wełny.
I ta koncepcja pewnie by się utrzymała, gdyby nie fakt, że zaparłam się jak dzika świnia, że ja chcę ten sweter mieć rozpinany na zamek błyskawiczny. Rozdzielczy oczywiście i jeszcze niewidoczny, a nie jakiś zionący plastikowymi lub metalowymi ząbkami. Po kilku wizytach w pasmanteriach i konwersacjach z paniami przekonującymi mnie, że szukam świętego Graala wykończeniówki czyli czegoś co nie istnieje, dałam sobie spokój.
Robótka odleżała swoje w kartonie... Nastała kolejna wiosna i bzy u sąsiada rzygnęły zapachami przypominając mi o bzowej babuleńce. Wyciągnęłam, popatrzyłam i... sprułam.
I tak oto powstała wersja trzecia, choć nikt nie powiedział, że ostateczna.

Włóczka to jakaś wiskoza. Chyba. Robiło się lekko i szybko (skończyłam w kilka dni, robiąc oczywiście z przerwami). Najwięcej zabawy było przy robieniu rękawów innym kolorem, bo kłębków miałam sztuk pięć. Dwa na przody, dwa na rękawy i jeden na tył. Powiedzmy sobie wprost - totalne zamotanie.
Nic specjalnego, ale cieszę się, że bluzka wreszcie skończona.



Wiskoza, jak widać na załączonym obrazku się mnie. Mnie, gniecie i wygląda jak psu z gardła wyciągana. Trudno. Nie jest to włóczka idealna, ale w upalne dni całkiem dobrze się sprawdza. 

W tle wstrzeliły się moje drzewka bonsai. Może kiedyś będzie oddzielny post o nich.



Uprzedzam, że to nie koniec mojej fioletowej gorączki.