Telefon.
- Melduję, że już skończyłem pracę. Może Pani wysłać kierowcę.
Bożeee... Tiesto, to ty? - myślę sobie. Po chwili wracam do rzeczywistości.
- A Pan to kto, bo się Pan nie przedstawił. Pada nazwisko. Uprzejmie informuję, że Pan ma niecałe dwa kilometry z pracy do domu, więc kierowcy wysyłać do niego nie będę. Może dojść na piechotę.
- Ale ja nie trafię - pada odpowiedź.
- Razem z Panem pracuje przynajmniej 10 osób mieszkających koło Pana. Niech Pan z nimi wróci.
Za godzinę telefon.
- Melduję, że już jestem w domu. Nie musi Pani jutro rano kierowcy wysyłać, bo trafię do pracy.
O jak miło... Limuzynę zatrzymam dla kogoś innego.
Podliczam godziny pracy w lipcu. Ponad 200. Zapłacone za 160. Idę do szefów na rozmowę z grzecznym pytaniem jak to będzie wypłacone. Najpierw się migają, że muszą pomyśleć. Mają dać odpowiedź za kilka dni. Po owych kilku dniach informują, że... nadgodzin nie zapłacą, bo nikomu nie płacą i mam je potraktować jako... inwestycję w przyszłość, siebie i rozwój firmy. Dawno się tak nie ubawiłam. Żałuję tylko, że nie nagrałam rozmowy. Byłaby hitem youtube.Co nie zmienia faktu, że nie lubię jak ktoś nie ma szacunku dla mojej inteligencji, używając nieudolnych motywacji vel manipulacji. Gdybym chciała pracować jako wolontariusz poszłabym do schroniska dla zwierząt a inwestować w siebie wolę idąc na kurs językowy lub kroju i szycia.
Ale usłyszałam, że cenią moją pracę, są ze mnie zadowoleni, cenią moje zdolności administracyjne i chcieliby żebym została w firmie jak najdłużej i nie chcieliby mnie stracić. Gryzę się w język by nie parsknąć śmiechem, bo stają mi przed oczami brazylijskie seriale, w których Hortensjo mówi do Izaury, że nie chce jej stracić a potem idzie dymać inną niewiastę.
A potem pada pytanie:
- A jak ci się podoba praca? Jesteś z niej zadowolona? Czytaj - w pytaniu zawarta jest odpowiedź.
Mam ochotę powiedzieć, że musiałabym być chora umysłowo, żeby lubić użeranie się elementem o inteligencji pantofelka (przepraszam wszystkie organizmy jednokomórkowe jeśli poczuły się urażone), pracę za free w każdą sobotę i rozmowy z niektórymi chamskimi klientami, którzy mają zwyczaj mówić o nas "kut" w wolnym tłumaczeniu "głupia pizda". Ale znowu gryzę się w język. Auuuć... I mówię:
- Pracuję dla pieniędzy. To nie jest hobby ani praca moich marzeń.
Konsternacja. Oj, nie tego się spodziewali.
- Ale mamy nadzieję, że nie szukasz innej pracy.
Znowu gryzę się w język i odpowiadam.
- Jak Michael Kors zadzwoni, to nie odmówię.
- Kto to jest Michael Kors?
Język mi już puchnie, bo znowu się w niego ugryzłam.
- Projektant.
- Chcesz być projektantem?
- Nie, rekruterem.
- Ale tylko Michael Kors?
Zabawę mimo pogryzionego jęzora mam coraz lepszą, więc mówię:
- Nooo... jak Dior zadzwoni albo Balanciaga to też nie odmówię. Nie dodaję, że obaj nie żyją.
Konsternacja.
Dla zatkania i ułagodzenia dostaję wolną sobotę. Pierwszą od dwóch miechów. Jak miło.
Czy czuję się zmotywowana? Oczywiście. Do szukania innej pracy.
Obserwatorzy
klauzula bezpieczeństwa
Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.
Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.
Online
sobota, 6 sierpnia 2016
czwartek, 28 lipca 2016
Tej firmy nie polecam DPD
Zamawiam kosmetyki z polskiego sklepu. Przesyłka powinna być następnego dnia. Nie ma. Kolejnego też nie. I następnego również. Pierwsze co mi przychodzi do głowy, że skoro to polski sklep to pewnie jacyś oszuści. W końcu piszę do tego sklepu kiedy dostanę paczkę. Odpisują, że przesyłka jest dostarczona. Do sąsiada. Debilowaty kurier nie zostawił awiza. Mogłam sobie tak czekać do usranej śmierci.
Z braku czasu na bieganie po sklepach moje ukochane perfumy zamówiłam przez internet. Przesyłka powinna być dostarczona w poniedziałek 26 lipca. Ponieważ musiałam wyjść z domu, a kuriera nie było sprawdzam po powrocie do domu stan przesyłki. Okazuje się, że została dostarczona. Tyle, że w domu ani paczki, ani awizo. Myślę, że pewnie ten debil znowu zostawił paczkę u sąsiada. Tylko u którego? Mam biegać po całej wsi i pytać od drzwi do drzwi? Piszę do customer service DPD. Dostaję odpowiedź, że... kurier w ogóle paczki nie dostarczył i przywiezie ją następnego dnia.
Następnego dnia patrz jak wyżej - ani paczki, ani informacji. Szlafia mnie trag, bo na stronie widzę, że paczkę odebrałam i podpisałam. Wysyłam mail do sklepu oraz do DPD z informacją, że przesyłki nadal nie ma, a używanie mojego nazwiska i podpisu to przestępstwo i wygląda na świadome działanie przestępcze a nie pomyłkę i jeśli nie wyjaśnią sprawy czyli nie dostanę zakupionego towaru to zawiadomię policję. Po takiej reakcji, dziś po powrocie do domu paczka się cudownie znalazła. Bez informacji ze strony customer service, bez słowa przepraszamy. Gdzie była? A to kolejna ciekawostka. Debil zostawił ją... na dworze, przed domem na kontenerze na śmieci. Lenistwo? Głupota? Brak szacunku dla klienta i jego dóbr. Wszystko na raz.
Następnym razem jak będę coś zamawiać to najpierw sprawdzę czy wysyłają przez DPD czy jakąś cywilizowaną firmę. I Wam też to radzę.
niedziela, 24 lipca 2016
Scenki z życia holenderskiej biurwy czyli welcome in Mordor_2
Telefon.
Facet pyta o swój adres. Już mnie to nie dziwi. Sprawdzam, zaczynam podawać, a ten mi na to, żebym to policjantowi powiedziała, bo go zatrzymali. Też mnie to nie dziwi. Podaję miłemu policjantowi adres niemiłego pracownika. Przedstawiciel władzy pyta czy mogę tłumaczyć. Zaczyna się jak w amerykańskim filmie od informacji, że typ na pytanie odpowiadać nie musi i może skontaktować się z adwokatem. Zabił kogoś - myślę sobie. Też mnie to nie dziwi. Okazuje się, że TYLKO skalał się polską cechą narodową czyli popijaniem sobie pifka w miejscu publicznym. Zupełnie mnie to nie dziwi.
Podchodzę do okienka, gdzie czeka interesantka.
- Nu, ja nie połucziła sms-ku..... - zaczyna niewiasta świecąc złotymi zębami. Nie próbuję zrozumieć co ma dalej do powiedzenia. Pytam czy mówi po angielsku, holendersku ewentualnie po polsku, bo ja po rosyjsku nie mówię. Głaza jej się rozrzeszają podobnie jak otwarta złotozębna paszcza. W końcu wzrusza ramionami i idzie precz. I dobrze.
Telefon.
- Proszę Pani, ja już od godziny jeżdżę i nie wiem jak dojechać do domu!!!
- A gdzie Pani jest?
- Nie wiem.
- Przykro mi, ale nie jestem nawigacją satelitarną i Pani nie pomogę.
Telefon.
- Dzień dobry, ja jutro jadę do firmy X i jestem kierowcą. Czy ktoś ze mną pojedzie? Bo mam nawigację, ale nie wiem czy trafię.
Żesz kuźwa brzmi jak humor z zeszytów szkolnych?
Kandydat do pracy. Dostaje stosowny formularz, kseruję jego dokumenty. Sprawdzam wypełniony druk. Brak maila, telefonu, adresu.
- Może Pan wpisać maila? Informacje o wypłatach wysyłamy tylko mailem.
- Nie mam.
- Brakuje numeru konta bankowego. Nie wypłacamy gotówki, tylko przelewy.
- Nie mam.
- Proszę też wpisać numer telefonu.
- Nie mam. Sprzedałem, żeby wyjechać do Holandii.
- Gdzie Pan mieszka?
- Nigdzie. Kolega mnie wystawił.
Może powinnam mu wierzyć. Może powinnam mieć choć trochę empatii. Może mówi prawdę, a może sprzedał telefon, żeby mieć na działkę. Kierowanie się empatią do tej pory sprowadzało tylko problemy. Nie ma już we mnie empatii. Tylko czemu przez kolejne dni zastanawiam się, co z tym człowiekiem się dzieje? Niech to wszystko szlag trafi.
Facet pyta o swój adres. Już mnie to nie dziwi. Sprawdzam, zaczynam podawać, a ten mi na to, żebym to policjantowi powiedziała, bo go zatrzymali. Też mnie to nie dziwi. Podaję miłemu policjantowi adres niemiłego pracownika. Przedstawiciel władzy pyta czy mogę tłumaczyć. Zaczyna się jak w amerykańskim filmie od informacji, że typ na pytanie odpowiadać nie musi i może skontaktować się z adwokatem. Zabił kogoś - myślę sobie. Też mnie to nie dziwi. Okazuje się, że TYLKO skalał się polską cechą narodową czyli popijaniem sobie pifka w miejscu publicznym. Zupełnie mnie to nie dziwi.
Podchodzę do okienka, gdzie czeka interesantka.
- Nu, ja nie połucziła sms-ku..... - zaczyna niewiasta świecąc złotymi zębami. Nie próbuję zrozumieć co ma dalej do powiedzenia. Pytam czy mówi po angielsku, holendersku ewentualnie po polsku, bo ja po rosyjsku nie mówię. Głaza jej się rozrzeszają podobnie jak otwarta złotozębna paszcza. W końcu wzrusza ramionami i idzie precz. I dobrze.
Telefon.
- Proszę Pani, ja już od godziny jeżdżę i nie wiem jak dojechać do domu!!!
- A gdzie Pani jest?
- Nie wiem.
- Przykro mi, ale nie jestem nawigacją satelitarną i Pani nie pomogę.
Telefon.
- Dzień dobry, ja jutro jadę do firmy X i jestem kierowcą. Czy ktoś ze mną pojedzie? Bo mam nawigację, ale nie wiem czy trafię.
Żesz kuźwa brzmi jak humor z zeszytów szkolnych?
Kandydat do pracy. Dostaje stosowny formularz, kseruję jego dokumenty. Sprawdzam wypełniony druk. Brak maila, telefonu, adresu.
- Może Pan wpisać maila? Informacje o wypłatach wysyłamy tylko mailem.
- Nie mam.
- Brakuje numeru konta bankowego. Nie wypłacamy gotówki, tylko przelewy.
- Nie mam.
- Proszę też wpisać numer telefonu.
- Nie mam. Sprzedałem, żeby wyjechać do Holandii.
- Gdzie Pan mieszka?
- Nigdzie. Kolega mnie wystawił.
Może powinnam mu wierzyć. Może powinnam mieć choć trochę empatii. Może mówi prawdę, a może sprzedał telefon, żeby mieć na działkę. Kierowanie się empatią do tej pory sprowadzało tylko problemy. Nie ma już we mnie empatii. Tylko czemu przez kolejne dni zastanawiam się, co z tym człowiekiem się dzieje? Niech to wszystko szlag trafi.
sobota, 16 lipca 2016
Scenki z życia holenderskiej biurwy czyli welcome in Mordor.
Telefon.
- Proszę pani, jaki ja mam numer telefonu?
- Jak pan go nie zna, to skąd ja mam go znać?
- A co? Nie wyświeta się pani?
- To telefon stacjonarny. Nie, nie wyświetla.
- To ja wyślę pani sms-a.
- Bardzo proszę. Na telefon stacjonarny na pewno dojdzie.
Telefon. Dzwoni kobieta, z którą koleżanka wcześniej już cztery razy rozmawiała tłumacząc jej sprawę. Bełkotliwym głosem mówi:
- Chceeem rosssamawiaac sss paaniaa X.
- Nie ma jej, już wyszła.
Wstawiona niewiasta (a co sssse będzie żałować, w końcu jest sobota) niezrażona domaga się rozmowy z koleżanką i nie dociera do niej, że ma zadzwonić w poniedziałek. W końcu rzuca:
- Aaaaa ja ssss paaaniaaa nieee beeedee rooosmawiac, bo paani jest nieekompeeeteeenta.
- No, skoro nie jestem kompetentna to faktycznie nie ma sensu rozmawiać. Udanego łykendu. Do widzenia.
- Proszę pani, jaki ja mam numer telefonu?
- Jak pan go nie zna, to skąd ja mam go znać?
- A co? Nie wyświeta się pani?
- To telefon stacjonarny. Nie, nie wyświetla.
- To ja wyślę pani sms-a.
- Bardzo proszę. Na telefon stacjonarny na pewno dojdzie.
Telefon. Dzwoni kobieta, z którą koleżanka wcześniej już cztery razy rozmawiała tłumacząc jej sprawę. Bełkotliwym głosem mówi:
- Chceeem rosssamawiaac sss paaniaa X.
- Nie ma jej, już wyszła.
Wstawiona niewiasta (a co sssse będzie żałować, w końcu jest sobota) niezrażona domaga się rozmowy z koleżanką i nie dociera do niej, że ma zadzwonić w poniedziałek. W końcu rzuca:
- Aaaaa ja ssss paaaniaaa nieee beeedee rooosmawiac, bo paani jest nieekompeeeteeenta.
- No, skoro nie jestem kompetentna to faktycznie nie ma sensu rozmawiać. Udanego łykendu. Do widzenia.
niedziela, 19 czerwca 2016
Skończony prostak o wadze piórkowej.
Wbrew podejrzeniom nie będzie to post o ex Szefuniu Knurzej Twarzy nie mylić z Centurionem Szczurzą Śmiercią.
Miał być zwykły, prosty do bólu i szybki w robieniu sweter. Zrobił się dosyć szybko, bo w 5 dni. Z tego 2 dni dla kadłubka bynajmniej nie Wincentego, a reszta na rękawy i zdublowane plisy. Turbo doładowaniu pomogła wysoka mizialność włóczki oraz niemiłościwie nam panująca brzydka pogoda w Holandii. Sweter zadebiutował w Belgii, ale w zdjęciowym wyścigu przegrał z okolicznościami przyrody.
Miłość do tej wełenki jeszcze mi nie przeszła. Rzekłabym, że wzrasta z każdym dzierganym oczkiem. Co nie znaczy, że jestem całkiem zadowolona. Z siebie nie jestem zadowolona.
Sweter z założenia miał być prosty jak cep. W tej historii za cepa mogę robić jedynie ja.
Mankiety bez ściągaczy miały się wywijać. Nie wywijają. Dzierganie od góry lubię i nie lubię. Owszem nie ma szycia, raglanowe rękawy wyglądają efektownie, plusem jest też kontrolowanie ilości wełny, ale ciągle jeszcze nie widzę przy tym dzierganiu efektu finalnego i stąd rozjazdy wizji z rzeczywistością oraz błędy. A ja nie lubię robić błędów.
Rękawy robione magic loopem doprowadziły mnie do szału. W pierwszym mimo, że dociągałam włóczkę (a przynajmniej takie miałam wrażenie) zrobiły się po magloopiczne dziury, czy raczej rozciągnięte oczka. Drugi rękaw zatem w obsesji prześwitów dziergałam tak ściśle, że miałam problem z przesuwaniem oczek na drucie. A dziury i tak się pojawiły. O tym, że tak różne dzierganie wpłynęło na różny wygląd rękawów pisać nie muszę. Na szczęście hasło "przyjdzie woda i wyrówna" pomogło (trzymajmy się tej wersji).
Wniosek - każda włóczka jest inna i zrobienie próbki nie daje pełni jej obrazu a atrakcje i tak pojawią się w trakcie pracy. Za każdym razem inne. Coby się nie nudzić i mieć o czym pisać.
Włóczka - alpaca silk brushed kolor paars znaczy się śliwka. Na sweter zużyłam 4 kłębki. Robiąc sweter do linii bioder i z normalnymi rękawami a nie w wersji dla ciepłoluba z sierocińca sprężyłabym się może w 3. Druty nr 5. Końcówki swetra co to nie chciały się wywijać przerobiłam na ściągacze/plisy w opcji dubble knitting. Jak się uprę to sweter na obydwie strony mogę nosić. Choć jak się znam, to upierać się nie będę. Przy tej włóczce, magicznych loopach oraz dubble knitting pożałowałam, że nie kupiłam knitpro z drewnianymi drutami. Pewnie zmiejszyłoby to ślizgawkę na drutach.
Historia z życia dziergającej (nie odważę się nazwać dziewiarką):
Dzwoni telefon, a że czekałam na ważną rozmowę, to zrywam się z sofy i lecę do biurka.
Z włóczką lecę, ze swetrem lecę, z drutami lecę. O raaany, na druty lecę...
I tu w głowie wyświetla mi się komunikat: o jak dobrze, że drewnianych nie kupiłam.
Uprzedzając pytania - drutom nic się nie stało, swetrowi nic się nie stało, telefon odebrałam (też mu się nic nie stało), strat w ludziach prócz złamanego do trzewi paznokcia nie odnotowano. Można dziergać następnego pierzastego. A propos na drutach i na Loli obecnie:
Jeśli chodzi o bzową babuleńkę to chodzi mi po głowie wstawienie zamka zamiast planowanej plisy, która może zaburzyć wzór na froncie. Najlepiej krytygo. Tylko nie wiem czy istnieje coś takiego jak kryty zamek rozdzielczy. Nie miała baba kłopotu, zmieniła koncepcję.
Miał być zwykły, prosty do bólu i szybki w robieniu sweter. Zrobił się dosyć szybko, bo w 5 dni. Z tego 2 dni dla kadłubka bynajmniej nie Wincentego, a reszta na rękawy i zdublowane plisy. Turbo doładowaniu pomogła wysoka mizialność włóczki oraz niemiłościwie nam panująca brzydka pogoda w Holandii. Sweter zadebiutował w Belgii, ale w zdjęciowym wyścigu przegrał z okolicznościami przyrody.
Miłość do tej wełenki jeszcze mi nie przeszła. Rzekłabym, że wzrasta z każdym dzierganym oczkiem. Co nie znaczy, że jestem całkiem zadowolona. Z siebie nie jestem zadowolona.
Sweter z założenia miał być prosty jak cep. W tej historii za cepa mogę robić jedynie ja.
Mankiety bez ściągaczy miały się wywijać. Nie wywijają. Dzierganie od góry lubię i nie lubię. Owszem nie ma szycia, raglanowe rękawy wyglądają efektownie, plusem jest też kontrolowanie ilości wełny, ale ciągle jeszcze nie widzę przy tym dzierganiu efektu finalnego i stąd rozjazdy wizji z rzeczywistością oraz błędy. A ja nie lubię robić błędów.
Rękawy robione magic loopem doprowadziły mnie do szału. W pierwszym mimo, że dociągałam włóczkę (a przynajmniej takie miałam wrażenie) zrobiły się po magloopiczne dziury, czy raczej rozciągnięte oczka. Drugi rękaw zatem w obsesji prześwitów dziergałam tak ściśle, że miałam problem z przesuwaniem oczek na drucie. A dziury i tak się pojawiły. O tym, że tak różne dzierganie wpłynęło na różny wygląd rękawów pisać nie muszę. Na szczęście hasło "przyjdzie woda i wyrówna" pomogło (trzymajmy się tej wersji).
Wniosek - każda włóczka jest inna i zrobienie próbki nie daje pełni jej obrazu a atrakcje i tak pojawią się w trakcie pracy. Za każdym razem inne. Coby się nie nudzić i mieć o czym pisać.
![]() |
| Prawa strona swetra. |
![]() |
| Prawa strona i wywinięte zdublowane mankiety. |
![]() |
| Lewa strona prostaka. |
Włóczka - alpaca silk brushed kolor paars znaczy się śliwka. Na sweter zużyłam 4 kłębki. Robiąc sweter do linii bioder i z normalnymi rękawami a nie w wersji dla ciepłoluba z sierocińca sprężyłabym się może w 3. Druty nr 5. Końcówki swetra co to nie chciały się wywijać przerobiłam na ściągacze/plisy w opcji dubble knitting. Jak się uprę to sweter na obydwie strony mogę nosić. Choć jak się znam, to upierać się nie będę. Przy tej włóczce, magicznych loopach oraz dubble knitting pożałowałam, że nie kupiłam knitpro z drewnianymi drutami. Pewnie zmiejszyłoby to ślizgawkę na drutach.
Historia z życia dziergającej (nie odważę się nazwać dziewiarką):
Dzwoni telefon, a że czekałam na ważną rozmowę, to zrywam się z sofy i lecę do biurka.
Z włóczką lecę, ze swetrem lecę, z drutami lecę. O raaany, na druty lecę...
I tu w głowie wyświetla mi się komunikat: o jak dobrze, że drewnianych nie kupiłam.
Uprzedzając pytania - drutom nic się nie stało, swetrowi nic się nie stało, telefon odebrałam (też mu się nic nie stało), strat w ludziach prócz złamanego do trzewi paznokcia nie odnotowano. Można dziergać następnego pierzastego. A propos na drutach i na Loli obecnie:
![]() |
| Bzowa babuleńka. |
![]() |
| Zielony piórkowy. |
piątek, 27 maja 2016
Miłość od pierwszego dotyku
Drogą kupna, korzystając z Dropsowej promocji nabyłam sobie 4 kolory włóczki Alpaca Silk Brushed. Już na zdjęciach kolory powaliły mnie na kolana. Na żywo... z kolan jeszcze się nie podniosłam.
Tuż po otworzeniu i rozpakowaniu pudełka rzuciłam się do dziergania próbki. Boże Ty mój... Wełna mięciutka, milutka, leciuteńka jak piórko, cieplusia i szybko przybiera... Kolory cudnie intensywne, soczyste i dzięki odpowiedniemu nasyceniu pozwalające łączyć się ze sobą przy nawet wydawałoby się szalonych kombinacjach. Ideał na kontrastowej zimy. O ile nie będzie niespodzianek przy docelowym dzierganiu to jawi się jako włóczka idealna, ale jak to mówią... nie mów hop dopóki nie zblokujesz. A propos - przy praniu próbka wyciągnęła się jak guma i skóra mi scierpła jak widziałam jakie rozmiary przybiera. Jednak po odciśnięciu, uformowaniu i wysuszeniu gabaryty wróciły do normy.
Miłością do włóczki zapałał też Franek. Jak tylko dopadła kłębuszka rozpoczęła przymilanie się do niego i lizanie.
W ramach urodzinowych szaleństw zakupiłam też sobie startowy zestaw Knitpro Nova Metal w składzie druty: 4, 5 i 6 mm, żyłki 60, 80 i 100 cm oraz kluczyki i końcówki do drutów. Czytałam się, że druty mają ostre końcówki i nie ukrywam, że trochę się tego obawiałam. Już widziałam przy moim szczęściu i talencie te palce a potem udziergi ociekające krwią. A tu niespodzianka i zaskoczenie, bo rzekłabym, że jak dla mnie to wprost przeciwnie są one tępe. Na porządną opinię i recenzję będzie jeszcze czas po porządnym ich przetestowaniu.
Z myślą o zakupie dobrych drutów biłam się od jakiegoś już czasu. Tanie nie są. Jednak po tym jak w jednym z tanich drutów żyłka odpadła radośnie prując oczka robótki, a ja zostałam z drutem w garści, zdziwioną gębą i robótką do prucia decyzja została podjęta. Już widzę różnicę w żyłce. Knitpro ma żyłki bardziej elastyczne. Żyłka w starych drutach tworzyła magic loop samoistnie - sztywna pętla utrudniała przesuwanie oczek a czasem nawet je deformowała. O atrakcji rozplątywania tej magicznej pętelki nie wspomnę, bo wtedy marzyła mi się trzecia ręka.
A oto moje najnowsze skarby:
A to jako komentarz do wypowiedzi, którą jak pamiętacie kiedyś usłyszałam. Czyżby nie tylko mnie takimi komentarzami raczono? :)
Tuż po otworzeniu i rozpakowaniu pudełka rzuciłam się do dziergania próbki. Boże Ty mój... Wełna mięciutka, milutka, leciuteńka jak piórko, cieplusia i szybko przybiera... Kolory cudnie intensywne, soczyste i dzięki odpowiedniemu nasyceniu pozwalające łączyć się ze sobą przy nawet wydawałoby się szalonych kombinacjach. Ideał na kontrastowej zimy. O ile nie będzie niespodzianek przy docelowym dzierganiu to jawi się jako włóczka idealna, ale jak to mówią... nie mów hop dopóki nie zblokujesz. A propos - przy praniu próbka wyciągnęła się jak guma i skóra mi scierpła jak widziałam jakie rozmiary przybiera. Jednak po odciśnięciu, uformowaniu i wysuszeniu gabaryty wróciły do normy.
Miłością do włóczki zapałał też Franek. Jak tylko dopadła kłębuszka rozpoczęła przymilanie się do niego i lizanie.
W ramach urodzinowych szaleństw zakupiłam też sobie startowy zestaw Knitpro Nova Metal w składzie druty: 4, 5 i 6 mm, żyłki 60, 80 i 100 cm oraz kluczyki i końcówki do drutów. Czytałam się, że druty mają ostre końcówki i nie ukrywam, że trochę się tego obawiałam. Już widziałam przy moim szczęściu i talencie te palce a potem udziergi ociekające krwią. A tu niespodzianka i zaskoczenie, bo rzekłabym, że jak dla mnie to wprost przeciwnie są one tępe. Na porządną opinię i recenzję będzie jeszcze czas po porządnym ich przetestowaniu.
Z myślą o zakupie dobrych drutów biłam się od jakiegoś już czasu. Tanie nie są. Jednak po tym jak w jednym z tanich drutów żyłka odpadła radośnie prując oczka robótki, a ja zostałam z drutem w garści, zdziwioną gębą i robótką do prucia decyzja została podjęta. Już widzę różnicę w żyłce. Knitpro ma żyłki bardziej elastyczne. Żyłka w starych drutach tworzyła magic loop samoistnie - sztywna pętla utrudniała przesuwanie oczek a czasem nawet je deformowała. O atrakcji rozplątywania tej magicznej pętelki nie wspomnę, bo wtedy marzyła mi się trzecia ręka.
A oto moje najnowsze skarby:
![]() |
| Zdjęcia nie oddają urody tej wełny. Jeśli ktoś lubi takie mizialne włóczki niech pędzi do sklepów. Promocja do końca maja. |
![]() |
| Szary 03, Zielony 11, Śliwka 09, Violet (tak stoi holenderska nazwa, wg mnie to amarant) 10. |
A to jako komentarz do wypowiedzi, którą jak pamiętacie kiedyś usłyszałam. Czyżby nie tylko mnie takimi komentarzami raczono? :)
środa, 25 maja 2016
Z życia rekrutera czyli Mickiewicz na emigracji
Kandydat do pracy umówiony na rozmowę nie raczył przyjechać, ani zawiadomić, że go nie będzie. Rekruter dzwoni. Kandydat stwierdza radośnie, że nie przyjedzie, bo ma coś innego do roboty.
Knurzy ryj*, nazywany też szefem czerwienieje na tłustej gębie i wrzeszczy na rekrutera:
- I co masz zamiar z tym zrobić? Noooo... Cooo?? Jak to naprawisz? Jak???
Rekruter stoi i patrzy, bo cóż na takie dictum aterbum rzec może.
- Cooo?? Nie rozumiesz co mówię?? - drze się coraz bardziej świński ryj - Może w ogóle tą firmę zamknijmy!
Pomysł niezły, ale rekruter milczy i w głowie tłucze mu się natrętnie tylko jedno Adasiowe zdanie: "ale zemsta choć leniwa, nagna cię kiedyś w me sieci"**.
Świński ryj zarządził wprowadzanie danych personalnych do systemu. Program ma różne możliwości, szukanie po wieku, znajomości języków, doświadczeniu, ale wyszukiwania po nazwisku czy imieniu nie ma. A to feler, westchnął rekruter. Jest lista alfabetyczna. Przewijana. No i właśnie. Rekruter wprawadza dane pracowników w porządku - nazwisko a potem imię. Świński ryj każe wszystko poprawić, bo ma własną koncepcję - najpierw imię potem nazwisko. Taką ma wizję. Świńską.
"Słuchaj, dzieweczko!
– Ona nie słucha."***
Krnąbrna dzieweczka stwierdza:
- Ale to utrudni wyszukiwanie, bo nie dość, że trzeba znać imię pracownika, to potem odszukać go wśród Adasiów, Bartków, Karolów, żeby dotrzeć do Zdzisława. To nielogiczne.
I tu pada niepodważalna riposta świńskiego ryja:
- Ale ja jestem szefem.
Na koniec, dla oczyszczenia tej atmosfery rodem z chlewa element niezwiązany z tematem. Coś dla szyjących kociar:
Na koniec, dla oczyszczenia tej atmosfery rodem z chlewa element niezwiązany z tematem. Coś dla szyjących kociar:
* za określenie przepraszam wszystkie bogu ducha udomowione parzystokopytne ssaki z rodziny Sus scrofa.
**Adaśko Mickiewicz - sparafrazowany cytat ze łba wzięty, a z Pani Twardowskiej pochodzący.
***ww. Adaśko - ballada Romantyczność - cytat jako wyżej z głowy.
**Adaśko Mickiewicz - sparafrazowany cytat ze łba wzięty, a z Pani Twardowskiej pochodzący.
***ww. Adaśko - ballada Romantyczność - cytat jako wyżej z głowy.
Pana profesora J.C. przepraszam za bylejakość powyższych przypisów. Się uwstęczniłam i dostosowałam. Ze świniami przystajesz przepisami nie stajesz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







