Obserwatorzy

klauzula bezpieczeństwa

Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.

Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.

Online

piątek, 10 stycznia 2014

Mamuśki talking... o karmieniu piersia

Ośmielona postem ciętojęzycznej jakatya pozwalam sobie dorzucić kamyczek do ogródka rozprawki o rodzicach. 
Zajrzałam sobie kiedyś na jakieś forum. Nawet nie pamiętam gdzie to było. Znaczenia to nie ma, bo większość i tak wygląda podobnie. W każdym razie dyskusja dotyczyła matek karmiących piersią w miejscach publicznych. Pierwsze co mnie zastanowiło, to fakt że dyskutować (czytaj - angażować się, podniecać, obruszać, wszczynać świętą wojnę) można dosłownie o wszystko. O nos jakiejś aktorki, o używanie tamponów, o wyższość samochodu X nad samochodem Y, o stacjonowanie wojsk, o grypę świńską, ptasią, ludzką, o karmienie piersią vel pojenie dziecka z butelki...

Hmmm... wolność słowa w necie czyli wolnoć Tomku... Polemiki zaczynają się rzeczowo, dajmy na to sprawa pożaru w hotelu robotniczym - analizują przyczyny, współczują rodzinom, szukają winnych, aż nagle ni z tego ni z owego pojawia się głos, że to wina za odwrócenie się od Boga, albo że gdyby PO czegoś nie zrobiło, a PiS coś zrobiło... (wstawcie sobie odpowiednią partię, bo mnie nie bardzo interesuje kto obecnie w Polandii jest u koryta). Więc tak sobie myślę, że tak na prawdę to w wielu wypadkach po prostu chodzi o zaistnienie. Zabranie głosu, żeby wyrzygać swoje kompleksy albo to co boli. Takie czasy. Nie rozmawiamy - wysyłamy sms-a. Nie polemizujemy - piszemy zdanie na forum. Nie spotykamy się -czatujemy, skypujemy, gadu-gadulimy... A skoro nikt nas nie słucha, zakładamy bloga.

No, ale do rzeczy, wracajmy do tych matek karmiących. Rzecz była o tym, że niewiasty owe, nie bacząc gdzie się znajdują - czy to w sklepie, czy to w kościele, czy to w galerii malarstwa albo w centrum rodzinnej uroczystości, gdy tylko pacholę zakwili domagając się w ten sposób konsumpcji obnażąją swą pierś matczyną i zaspakajają głód pociechy.
Może to i sama natura, ale dla mnie osobiście obrzydliwe.  Owłosione pachy i nogi niby też sama natura, a walory estetyczne nie podlegają  dyskusji.  Podobnie jak sikanie w miejscu publicznym (w końcu to też sama fizjologia!).
Owszem, dociera do mnie argumentacja, że kobieta z dzieckiem na ręku to piękny obraz. Z dzieckiem na ręku - owszem, ale z cycem na wierzchu to już jakoś nie. Szczególnie, że ten atrybut kobiecości najczęściej jest wielki, nabrzmiały i mało atrakcyjny. Może właśnie przez to, że taki aseksualny jest to przyzwolenie na jego eksponowanie?

Moja przyjaciółka notabene wówczas matka karmiąca powiedziała, że kobiecie podczas ciąży odpada połowa mózgu, niektórym po urodzeniu druga.  Wiele razy widziałam jak taka idiotka najpierw wpycha wózek na ulicę, a potem patrzy czy coś jeszcze i jeszcze obruszona, że samochód w miejscu nie stanie, a nawet, że pisk opon obudził jej słodkie maleństwo.  Słyszałam o przypadkach jak mamuśki wpychały wózek do windy, gdzie nie było podłogi. Plastyczne opowieści z przebiegu porodu i realistyczne opisy kupek niemowlaka, to chyba najbardziej typowe przykłady "mamuśka talking".  Czasem jak widzę takie kobiety, to mam wrażenie, że specjalnie wystawiają się na widok publiczny by epatować swoją "matkowością".  Jakby one i ich dziecię stanowiły epicentrum świata.  Myśli taka, że posiadanie dziecka czyni ją inną. Pierwszeństwo w kolejkach, ustępowanie miejsc i inne takie... Ba... nawet auto zostawi gdzie popadnie na ulicy, bo musi wyskoczyć po towar pierwszej potrzeby (chleb, pieluchy albo inne fajki), a dzidziol ( ciekawe określenie, prawda?) śpi sobie więc nie należy mu przeszkadzać. Naturalnie, dzidziol jest słoneczkiem mamusi, ale z tego co pamiętam to już Kopernik wstrzymał słońce i zauważył, że ziemia się wokół niego nie kręci. Tym bardziej koło dzidziola. A potem takie dzidziole wyrastają na kibole and psychole. 

Może to zachowanie to taka rekompensata za ubytek atrakcyjności i kobiecości (względnie mózgu).  Cóż, ktoś może powiedzieć, że nie mogę się wypowiadać, bo nie mam dzieci. Może i tak. Może i mnie kiedyś mózg odpadnie. Na razie staram się z niego korzystać ile się da. Czego i Państwu życzę. 

piątek, 3 stycznia 2014

słowa kluczowe - part 9

Grudniowa wichura takie oto słowa kluczowe przywiała:
  • wietrzenie fizyczne ciekawe zdjęcia... 
Perełka jedna za to wielce osobliwa :)

Przy okazji uprzejmie informuję, że przeziębienie ma się dobrze i jak na razie nie ma ochoty mnie opuścić mimo stosowania różnych środków perswazji.

piątek, 20 grudnia 2013

Baju baju na kodeinowym haju

W Holandii prościej o narkotyk na receptę niż o antybiotyk. Miesiąc łażenia z przeziębieniem skończył się tym, że zostałam zawleczona do lekarza. Facet umówił wizytę, załadował mnie w samochód i znając moją niechęć do służby zdrowia, ze szczególnym uwzględnieniem holenderskiej nawet wlazł ze mną do gabinetu słusznie przewidując, że z pierwszego piętra to mogę ewakuować się oknem.
Osłuchali, obadali, zajrzeli do gardła i na kaszel starego gruźlika uraczyli kodeiną (a tu niespodzianka, bo liczyłam na przysłowiowy już paracetamol). A ta z kolei zafundowała mi wycieczkę pt. out of life. Słodkie stwierdzenie, że pacjent może być senny okazało się eufemizmem miesiąca. Pacjent zapadł w sen jako ten niedźwiedź skrzyżowany z susłem. Próba dojścia do toalety po pierwszej tabletce przypominała balansowanie pijanego na linie z obijaniem się o meble, ściany i własne nogi. Fajnie. Dzienna dawka tabletek - sztuk dwie zagwarantowała mi sen błogi na jakieś 22 godziny. Fajnie.
W ten oto sposób pokochałam holenderski system zdrowotny. Na kaszel to mi nie bardzo pomogło, ale co się wyspałam to moje :)
Stąd ta cisza wywołana kondensacją pracy i przeziębienia, a potem kuracją wyłączającą z życia. Nie to, że do Was nie zaglądam. Czasem nawet próbowałam napisać jakiś komentarz, ale w połowie zasypiałam, albo łapałam się za głowę jak zobaczyłam co stworzyłam vide "terż". To teraz zapewne nastąpi wylew arcyciekawych słów kluczowych ;)

Wkrótce znowu zniknę, bo jadę po Polandii na święta. Rany, jak ja nienawidzę świąt. Tak, dobrze widzicie.
Jestem odszczepieńcem. Nie lubię świąt. Co więcej  nigdy ich nie lubiłam. No może jako dziecko. Małe dziecko, a i to dopóki nie odkryłam, że tzw. święty mikołaj to lipa i nie dostrzegłam zmęczenia matki wywołanego świątecznym szałem przygotowań i zdobywania wszystkich produktów.  Kołowrót sprzątania, pieczenia, gotowania, przygotowywanie pierdółek-ozdóbek i obwieszanie tym domu z kulminacyjnym punktem strojenia choinki, po to by wkrótce znowu to cholerstwo mozolnie zdejmować, lokować do pudeł i wlec do piwnicy.
Szukanie prezentów, poprzedzone waleniem głową w ścianę "co kupić w tym roku"? Katorga wigilii z rybami, których nie lubię i obowiązkiem spróbowania ich w ramach tradycji - starej i nie świeckeij. Wszelkie wigilie w pracy i innych miejscach społeczno-zawodowych z hipokrytycznymi życzeniami - dziś jest wigilia, nawet ja mówię ludzkim głosem i życzę wszystkiego najlepszego. Jutro poderżnę ci gardło i przemodeluję życiorys.

A potem nuda świąt. Jedzenie, telewizja, wizyty rodzinne. Szklana pułapka w pierwszy dzień świąt. Kevin w Nowym Yorku w drugi... Schematy i rutyna. Bezpieczna, ale nudna powtarzalność. I ten mój kompletny brak zrozumienia ekscytacji całym tym cyrkiem (tu pomijam aspekt religijny, który i tak w większości domów plasuje się co najwyżej na drugim miejscu).
Najchętniej schowałabym się w szafie i dała wyciągnąć dopiero 2 stycznia, bo sylwester i  świętowanie nowego roku, który nie wiedzieć czemu a priori ma być lepszy, jakoś do mnie również nie przemawia.
U siebie nie kupuję choinki, nie produkuję świątecznych durnostojków i kurzołapów, pierniczki piekę jak mnie najdzie, bo lubię a nie dlatego, że to święta. Tak samo z makowcem, który piekę sobie we wrześniu, bo kto mi zabroni? 
 Tak. Jestem odszczepieńcem. Na szczęście ostatnio odkryłam, że nie jestem jedyna. Świrusy tego świata łączmy się.

Mimo wszystko, nudnie i banalnie życzę Wam zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt oraz wszelkiej pomyślności i kreatywności w Nowym 2014 Roku.



P.S.1 Z uwagi na stan upojenia narkotykowego za błędy odpowiedzialności nie ponosi się :D

P.S.2 Uszytych nowych rzeczy trochę się nazbierało, więc wystąpią w ramach noworocznego  postanowienia pokazywania uszytków bez względu na światło i okoliczności ;) Profesjonalnie nie będzie, ale za to jak śmiesznie :)

wtorek, 3 grudnia 2013

słowa kluczowe - part 8

  • zasuploną bluzkę - mieczem ją Mieciu, mieczem, jak węzeł gordyjski...
  •  sukienka pensjonarka z burdy - to pewnie dla zrównoważenia tego obciągania z poprzednich słówek
  • coś paczlorku
  • cos paczłork
  • bluzki paczlorki - dobrze, że nie potworki  
  • rybka wykrój - jak na złotą, to i ja poproszę :) 
  • pisownia słowa marchewka - marchefka?? ;)

Jak widać paczłorki zdominowały listopad. Nie wiedzieć czemu, widać logika wyszukiwarek na pstrym (paczłorkowo) koniu jeździ ;)


poniedziałek, 18 listopada 2013

From Holland with love - śmieszno i straszno czyli jak zostałam protestantką.

Dwie polskie kumoszki jazgoczą przy sąsiednim stole. Jazgoczą tak, że własnych myśli nie słychać. Nie mam wyboru, nie chcem, ale muszem ich słuchać.
W ten oto sposób wciskają mi się w mózg skrawki takiej oto dyskusji:
-  A ci Holendrzy to mają ramadan? - zastanawia się Fretka.
- Aaaaaaaaa jaaaaaaaaaaaaa nieeeeeeeeeeeee wieeeeeeeeeeeem - odwrzaskuje kierowniczka obozu blonda Jolanda.
- Eeeeee nie, ramadan to koran - odpowiada sobie sama Fretka.
Tu trzymamy wówczas przeze mnie w ręku przedmiot, ląduje na podłodze i w ferworze zbierania osprzętu umyka mi dalsza część tej pouczającej pogawędki. Może i lepiej, bo na moim plastycznym ryju od razu widać wszelkie emocje. Twarzy pokerzysty to ja nie mam niestety.
Kiedy z lekka ja i pudełko dochodzimy do siebie słyszę za swoimi plecami:
- A te protestanty to kto? - odwracam się i widzę Fretkę taksującą mnie wzrokiem.
- Sprawdza mnie - przebiega mi przez głowę myśl absurdalna. Lico mi blednie. Głupio by było skompromitować się niepełną informacją, a ja nie wiem o KTÓRYCH protestantów jej chodzi. Luteranów, Kalwinistów, Baptystów?
- A ty wiesz kto to są protestanci? - do Fretki dołączyła blonda Jolanda.
Przy tak zmasowanym ataku moje szare komórki z lekka zielenieją.
- Chrześcijanie - zaczynam bezpiecznie.
- Nooooooooooooooo coooooo tyyyyyyyyyyy gadasz???  - obie wpatrują się we mnie jakby  chciały mnie przybić wzrokiem do stołu niczym Luter tezy do drzwi kościoła. Przez  głowę przemyka mi myśl, że może cuś pokręciłam. Zaczynam więc myśleć na głos:
- Zaczęło się od reformacji... a dokładniej to od  Lutra w XVI wieku...  I na tym wywód kończę, bo moje audytorium z przerażaniem w oczach ucieka do swojego stołu i pudełek.

Bo proszę państwa, protestanci, jakbyście nie wiedzieli, to ci co protestują.
Zatem ja, protestantka przeciw głupocie i nieuctwu serdecznie protestuję.


niedziela, 17 listopada 2013

From Holland with love - dziwolągi

Obecne miejsce pracy i element, w tym również upośledzony umysłowo (serio, serio, firma zatrudnia także niepełnosprawnych) przewalający się tam masowo stanowią dla mnie nieustanne źródło refleksji i zdumienia. 

A co mnie  dziwi w towarzystwie, na które jestem skazana?  Przede wszystkim zaawansowany prymitywizm życiowy. Do szczęścia po wypłacie wystarczy im drink/piwo/wino. Słuchałam ich rzewnych wspominków o imprezach w polskim barze do rana, piciu na umór, spaniu gdzieś na stole czy podłodze, a rano wprost z baru wędrówce do pracy. Słucham... i nie rozumiem.

Jedna z dam, tych dobrze zorganizowanych i radzących sobie (vide anegdota z postu słowa kluczowe part 7) afiszowała się ostatnio piersiówką na przerwie. Może w ten sposób musi odreagować swe szczęśliwe pożycie. Swoją drogą białogłowa owa ruszyła za porywem serca (czy może innej części ciała) do swego holenderskiego wybranka zostawiając dziecko w Polsce.
Odważna niewiasta, bo na tą eskapadę ruszyła bez znajomości żadnego języka, chyba, że pojedyncze dukane słowa po niemiecku wystarczają na sex wycieczkę. I pomyśleć, że taka sprzątaczko-prostytutka ma lepszy status społeczny na okoliczność posiadania MENSZCZYZNY i śmie patrzeć na mnie z góry.   A może się mylę? Może wielka miłość nie potrzebuje słów?  Potrzebuje tylko mopa do sprzątania i wystarczająco długiego łańcucha miedzy kuchnią a łóżkiem.  No i laptopa z tłumaczem google, żeby wiedziała co ma zrobić. W ramach spaceru może sobie wielka miłość, zaopatrzona w ww. piersiówkę pozwiedzać zakład pracy.

Choć podejrzewam, że ja dla nich jestem jeszcze większym dziwolągiem, bo:
- mówię szyfrem, znaczy się  konstrukcjami ze zdań złożonych. W aktach złośliwości nawet wielokrotnie,
- używam słów niezrozumiałych i być może obraźliwych np. sarkazm, infantylizm, impresjonizm.
- mówię - "słucham?" zamiast - "cooooooooooooooo?"
- czytam książkę i to jeszcze po angielsku,
- nie piję w drodze powrotnej z pracy, ani przed ani w trakcie...

O żesz kurwa... dziwna jestem. 

wtorek, 5 listopada 2013

Monday, bloody monday

Słodki poniedziałek. Wracam do domu po pracy zrąbana jak ruski czołg. Ruski czołg tuż przed złomowaniem. Zaczyna mi się jakaś grypa wykluwać. Coś się ostatnio za bardzo chwaliłam, że choróbska się mnie nie imają.
Franek wita mnie jak zwykle. Tyle, że wolniej niż zwykle. Pewnie zaspana, myślę sobie. Oględziny i więcej światła ukazują mi zakrwawiony nos, głowę i łapy. Franek fighter. Normalka. Bliższa lustracja nie wykazuje jednak ran kłutych ani szarpanych. Ale dotykanie, głaskanie i podnoszenie ewidentnie sprawiają jej ból. Jedno oko jest ciągle otwarte. Kurwa mać. Niedobrze. Jest północ. Punkty weterynaryjne pozamykane. Ja czuję się jak Franek tyle, że nie prycham krwią. Uspokajam się, gdy Franio wolniej niż zwykle, ale wskakuje na krzesło i układa się na poduszce. Zasypia. Najwyraźniej nie ma złamań. Zaczekamy do rana.
Ja lokuję się na kanapie, na wszelki wypadek, żeby zareagować i wezwać ambulans jeśli będzie jej gorzej. Zasypiam po kilku godzinach. Po obudzeniu czuję się tak jakbym przeszła cały szlak bojowy za tym ruskim czołgiem. Względnie miała z nim bliskie spotkania trzeciego stopnia. Ładuję Franka do transportera i jedziemy do weta. Nie czekamy, personel miły, wyposażenie - full wypas. Szkoda, że ludzi nie leczą tak jak zwierzęta. Wet oglądając obrażenia potwierdza moje obawy. Najprawdopodobniej Franka potrącił motocykl albo skuter. Oględziny, prześwietlenia, zastrzyki przeciwbólowe i krople rozkurczające do oka.  Na szczęście nic poważnego. Ale cieszyć się będę za kilka dni jak Franek całkiem wydobrzeje, a mnie wróci choć minimalna energia życiowa.
Franek u weterynarza trzęsie się jak galareta i próbuje wbić się pod moją kurtkę mimo, że nie należy do gatunku przytulaczy. Wracamy do domu i obie padamy.  Budzę się po kilku godzinach tylko po to, żeby zrobić herbatę i zapodać sobie gripex. Po czym znowu zapadam w sen. Przesypiam cały dzień budząc się tylko, żeby załadować sobie i kotu lekarstwa.
W tak zwanym międzyczasie budzi mnie pani z pracy (mam dziś wolne) z pytaniem czy mogę przyjechać do pracy "at once". Tłumaczę kobiecie-koniowi, że w moim wydaniu at once to jest minimum 1-1,5 godziny, bo samej jazdy samochodem mam 40 min. Aaaah, to ona poszuka kogoś innego. Idiotka. Szukaj. Powodzenia. Muszę zażądać  prywatnego odrzutowca od Afrojacka coby być bardziej dyspozycyjna do tej gównianej roboty.
Sił do życia nie mam, a jutro znowu trzeba do kieratu. Marzy mi się, żeby jakiś doktor  walnął mi pod skórę środek na życie znieczulający.