Długo mnie nie było, a nieobecność podyktowana była pracą, która zafundowała mi zero życia w życiu i dzięki której należało ukrywać wszelką swą publiczną i wirtualną obecność.
Niestety muszę Was rozczarować - nie pracowałam dla Mossadu. A szkoda. Choć do dziś mam mocne podejrzenia, że służbowy telefon był na podsłuchu. Bywało też śmisznie. Z perspektywy czasu nawet najbardziej stresujące sytuacje mogą wydawać się komiczne. Może kiedyś te historyje jako koloryt życia "pani z biura" w Holandii wrzucę. Choć nie wiem czy dla polskiej społeczności oderwanej od tutejszych realiów i obcowania z polskim elementem zwanym potocznie pracownikami tymczasowymi będą one zrozumiałe, a tym bardziej zabawne.
W każdym razie czasu na szycie, dzierganie, decoupagowanie czy jakkąkolwiek działalność rozrywkową czy kulturalną nie było.Nie było też czasu na czytanie, zwiedzanie i chodzenie do kina.
Wypranie emocjonalno-czasowe było tak ogromne, że mimo zaglądania na ulubione blogi mało kiedy miałam czas, siłę, ochotę i wenę komentować cokolwiek. Kiedy zmieniłam pracę płakałam ze szczęścia, że wychodzę do domu o 17, wreszcie mam wolne weekendy, nikt nie budzi mnie w środku nocy telefonami i nie muszę spać z ipadem i telefonem pod poduszką. Przypomnę wam, że nie pracowałam dla Mossadu. A szkoda.
Franek w tym czasie zdążył opuścić klatkę. Choć jedna z kości nadal całkiem się nie zrosła. Ponad 3 miesiące zamknięcia w klatce i półroczna kuracja skłania mnie do wniosku, że ostatni wypadek Franka to koniec jej wędrówek poza domem. Zdrowie i bezpieczeństwo miast złotej wolności kociej. Nigdy więcej polowań na ptaki, króliki czy myszy. Cóż... taki lajf. Nie zawsze dostajemy od życia to co chcemy. Też bym wolała pracować u Michaela Korsa niż użerać się z polskim przechlanym elementem.
A tak w ogóle to taki u mnie życiowy misz masz. Bardziej misz niż masz. Rozważania nad usunięciem
bloga, bo i tak niewiele się tu dzieje i pewnie niewiele się dziać
będzie. Jak już pojawił się czas na szycie, to szycie idzie mi jak krew z nosa. No nie, krew z nosa idzie
lepiej.
Nie wychodzą najprostsze rzeczy. Spieprzona prosta, wąska
spódnica. Spieprzona spódnica z koła (matematyka, matematyka, krwawa dynamika, angelologia i żal). Szafę z
zalegającymi materiałami omijam szerokim łukiem. Chęci nijak przekładają
się na możliwości.
Większość
samo-uszytków nie nadaje się do noszenia. Jakby szycie było dla spokojnych i cierpliwych. A ja ani spokojna,
ani cierpliwa. Może mi przejdzie. A może nie. Może to tylko depresja. A
może Altzheimer. Choroba nie wybiera. Wybierz pickera.
Może
rozwiązaniem jest zmiana formuły bloga. Pisanie nie o szyciu, a o
życiu... tjaa.... o życiu, o piciu. Proost! Boże chroń Grolscha,
żołądkową miętową i Mossad.
Nie wiem jak długo tu będę. Nie wiem jak długo będę. Na razie jestem. Chwilo trwaj.
Może ankietę zrobić? Spadać stąd czy się przebranżowić? Z uwagi na moją obecną pracę tego nie uczynię. Rzygam ankietami. Ze szczególnym uwzględnieniem tych dla szanownej KE.
Polazłam niedawno do szewca. Dwie pary czerwonych sandałów wymagających wymiany
fleków. Szybko, cena prawie jak w Polandii i facet nie krzywił się
jakbym mu te high obcasy chciała w tchawicę wepchnąć. Boże chroń
Grolscha, żołądkową miętową, Holandię i Mossad.
Ja sobie robiłam
zakupy, a buty robiły się. Wracam. Płacę. Wyciągam portfel, czerwony
rzecz jasna coby zapłacić za te moje czerwone shoesy, a facet pyta:
- A pani to tak wszystko czerwone?
No nie, poczucie humoru mam czarne.
Obserwatorzy
klauzula bezpieczeństwa
Wszelkie mądrości, bzdety i złośliwości na tym blogu, o ile nie zaznaczyłam inaczej podając źródła są moim wymysłem, a nawet własnością. Te niedoświetlone i kiepskie foty też. Zdjęcia z Burd, innych gazet czy książek (o ile nie podaję źródła), są skanami materiałów będących w moim posiadaniu.
Jeśli masz ochotę coś sobie przywłaszczyć to droga wolna. Razem z nimi przygarniasz część moich problemów, traum i niedoświetlenia.
Online
środa, 23 września 2015
wtorek, 31 marca 2015
O tym jak Małgorzata świat zbawia.
Nie miała baba kłopotu to przygarnęła drzewiej kota. Kotkę właściwie o imieniu Franek. Stwór ten ma wybitne upodobanie do wpadania w kłopoty, ze szczególnym uzwględnieniem zdrowotnych. Niedawno znowu uraczyła mnie aktrakcją pt. rozbita łepetyna, a wkrótce potem złamane dwie kości z przemieszczeniem w łapce. Najprawdopodobniej jest to wynik bliskich spotkań trzeciego stopnia z samochodem.
Franek już jest po operacji i z drutem w łapie dochodzi do siebie w "hotelu" u weterynarza. Swoją drogą holenderska służba weterynaryjna jest fenomenalna. Złamanie zdiagnozowane szybko, prześwietlenie zrobione od ręki. Weterynarz pokazał mi zdjęcia przed operacją, w trakcie operacji i po zabiegu, wyczerpująco informuje o leczeniu. Daj boże, żeby tak ludzi leczyli.
Wczoraj przed wyjściem do pracy w ogródku zobaczyłam ptaka. Tak na moje oko wyrób gołębiopodobny. Łaził sobie po bruku. Trochę to dziwne mi się wydało, że zamiast latać spacery sobie urządza. Ale kto go tam wie, może lubi. Śpieszyłam się do pracy, więc pierzastego olałam zostawiając samemu sobie. Dzisiaj powtórka z rozrywki. Z racji większej ilości czasu w czasie poddałam go obserwacji. Ptak latał szczątkowo. Podfruwał raczej rzekłabym. Na mój widok z odległości pół metra powinien unieść się chyżo w przestworza. Ale nie uniósł. Usadowił się za to na podnóżku ogrodowego fotela i oddawał kontemplacji.
Franek w niewoli, więc nie mogę jej obwinić, że przyczyniła się do niezdolności ruchowej ptaka. Poszłam zatem w ślady lotnego nielota albo nielotnego lota i usadowiwszy się na kanapie oddałam się kontemlacji. Wyszło mi, że bez pomocy dierenambulansa znowu się nie obejdzie. Na strusia, kiwi czy innego pingwina to ptaszydło mi nie wygląda. Trochę się obawiałam, że okażę się nadgorliwa i ptak nie lata, bo mu się nie chce, ale obawa, że jednak mu coś dolega i zostawiony w ogrodzie stanie się pożywieniem okolicznych kotów (tym razem bez udziału Franka killara) nie dawała mi spokoju. Jakoś udało mi się go złapać, bo stwór chociaż nie latał to biegał dosyć szybko chowając się przy tym po ogrodowych krzakach. Zawlokłam toto do domu, władowałam do pudełka i zawezwałam dierenambulans. Tylko czekam jak dodadzą mój telefon do listy: tych połączeń nie odbierać. Dostarczyłam już im snipa i królika, a teraz kolejnego ptaka.
Pan odbierając zwierzaka po wstępnej lustracji stwierdził, że pewnie w łeb się walnął. Hejże ptaku było nie latać po pijaku!
Mam nadzieje, że gdzieś mi tam w animalsowych niebiosach te wszystkie akcje na plus policzone zostaną.
A tak w ogóle ktoś wie co to za ptaszydło?
Franek już jest po operacji i z drutem w łapie dochodzi do siebie w "hotelu" u weterynarza. Swoją drogą holenderska służba weterynaryjna jest fenomenalna. Złamanie zdiagnozowane szybko, prześwietlenie zrobione od ręki. Weterynarz pokazał mi zdjęcia przed operacją, w trakcie operacji i po zabiegu, wyczerpująco informuje o leczeniu. Daj boże, żeby tak ludzi leczyli.
Wczoraj przed wyjściem do pracy w ogródku zobaczyłam ptaka. Tak na moje oko wyrób gołębiopodobny. Łaził sobie po bruku. Trochę to dziwne mi się wydało, że zamiast latać spacery sobie urządza. Ale kto go tam wie, może lubi. Śpieszyłam się do pracy, więc pierzastego olałam zostawiając samemu sobie. Dzisiaj powtórka z rozrywki. Z racji większej ilości czasu w czasie poddałam go obserwacji. Ptak latał szczątkowo. Podfruwał raczej rzekłabym. Na mój widok z odległości pół metra powinien unieść się chyżo w przestworza. Ale nie uniósł. Usadowił się za to na podnóżku ogrodowego fotela i oddawał kontemplacji.
Franek w niewoli, więc nie mogę jej obwinić, że przyczyniła się do niezdolności ruchowej ptaka. Poszłam zatem w ślady lotnego nielota albo nielotnego lota i usadowiwszy się na kanapie oddałam się kontemlacji. Wyszło mi, że bez pomocy dierenambulansa znowu się nie obejdzie. Na strusia, kiwi czy innego pingwina to ptaszydło mi nie wygląda. Trochę się obawiałam, że okażę się nadgorliwa i ptak nie lata, bo mu się nie chce, ale obawa, że jednak mu coś dolega i zostawiony w ogrodzie stanie się pożywieniem okolicznych kotów (tym razem bez udziału Franka killara) nie dawała mi spokoju. Jakoś udało mi się go złapać, bo stwór chociaż nie latał to biegał dosyć szybko chowając się przy tym po ogrodowych krzakach. Zawlokłam toto do domu, władowałam do pudełka i zawezwałam dierenambulans. Tylko czekam jak dodadzą mój telefon do listy: tych połączeń nie odbierać. Dostarczyłam już im snipa i królika, a teraz kolejnego ptaka.
Pan odbierając zwierzaka po wstępnej lustracji stwierdził, że pewnie w łeb się walnął. Hejże ptaku było nie latać po pijaku!
Mam nadzieje, że gdzieś mi tam w animalsowych niebiosach te wszystkie akcje na plus policzone zostaną.
A tak w ogóle ktoś wie co to za ptaszydło?
czwartek, 26 lutego 2015
Głupi ma szczęście?
Zawsze wiem kiedy zmieni się pogoda. Nie potrzebuję prognoz, barometru, ani nawet coraz częstszego łupania w kręgosłupie oraz stawach. Wystarczy wsiąść do samochodu. Ludzie jeżdżą jak śnięte muchy albo co gorsza jak Kubica na dopalaczach. Dziś też.
Jakiś idiota, nazwijmy go obywatel X obdarzony ułańską fantazją i obkurczonym mózgiem zapragnął wykonać tzw. manewr wyprzedania. Pogoda szaroburo-sraczkowata, mżawka, ślisko. Koleś jedzie mi na czołówkę. Wszystko jak filmie. Szybko. Cięcie. Drugie piwo nie rozjaśniło mi jeszcze czemu się nie walnęliśmy, choć wszystko na to wskazywało. Opatrzność widać czuwa, albo głupi ma szczęście. Tylko kto? Ja czy ten dawca? Both?
Wszytko odbyło się tak szybko, że nie zdążyłam zrobić nic głupiego w stylu: odbić kierownicą i wjechać do rzeki, albo co gorsza na ścieżkę rowerową potrącając kogoś w trakcie, gdy ułan-skurwysynek śmignąłby w siną dal. Czasem brak reakcji, to najlepsza reakcja.
Nie jestem Sheldonem Cooperem* ani nawet innym pośledniejszym fizykiem, prawo Newtona wspominam jako coś co było w szkole, acz nie powiedziano mi, do czego może się przydać, więc nie zakodowałam go sobie. O crash testach też niewiele wiem, ale tak sobie myślę, że jadąc 80 km/h (oficjalna wersja, bo a nuż uwielbiana przeze mnie holenderska policja tu zagląda) walnę w oszołoma, który również jedzie ww. przepisową prędkością to...
No właśnie. Jeśli zostanie po mnie marmolada, to pół biedy. Jedyny problem wtedy kto się zajmie Frankiem??? Gorzej gdy zamiast marmolady zostanie warzywko. Nie dość że Franka i tak nie będzie miał kto karmić, to i ja sama karmiona będę.
I tu dochodzimy do sedna. Holandia jest bardzo tolerancyjncyjmym krajem. W niektórych przypadkach rzekłabym, że aż za bardzo (Boże chroń Mossad). Niestety eutanazja, mimo że legalna wcale nie jest taka prosta i oczywista. Nie mam tu dwóch członków rodziny, którzy potwierdziliby/zaakceptowaliby eutanazję. Zaprzyjaźniony lekarz by się znalazł, ale to za mało. Kiszka. Możesz za życia zdecydować, że zostaniesz dawcą organów, ale nie możesz decydować o swojej śmierci albo może raczej agonii za życia.
Warzywom oczywiście to zwisa. Karmią, podcierają, wymieniają rurki z płynami ustrojowymi. Luz blues, w niebie same dziury. Tylko ta myśl, że jesteś, ale cię nie ma... Nie ma cię, ale jesteś...
Coż... pozostaje mi wierzyć, że tak czy siak, kolejnym, trzecim razem znowu będę mieć szczęście. Tak, czy siak.
*osoby nieznające postaci Sheldona Coopera proszone są o opuszczenie bloga ;)
Jakiś idiota, nazwijmy go obywatel X obdarzony ułańską fantazją i obkurczonym mózgiem zapragnął wykonać tzw. manewr wyprzedania. Pogoda szaroburo-sraczkowata, mżawka, ślisko. Koleś jedzie mi na czołówkę. Wszystko jak filmie. Szybko. Cięcie. Drugie piwo nie rozjaśniło mi jeszcze czemu się nie walnęliśmy, choć wszystko na to wskazywało. Opatrzność widać czuwa, albo głupi ma szczęście. Tylko kto? Ja czy ten dawca? Both?
Wszytko odbyło się tak szybko, że nie zdążyłam zrobić nic głupiego w stylu: odbić kierownicą i wjechać do rzeki, albo co gorsza na ścieżkę rowerową potrącając kogoś w trakcie, gdy ułan-skurwysynek śmignąłby w siną dal. Czasem brak reakcji, to najlepsza reakcja.
Nie jestem Sheldonem Cooperem* ani nawet innym pośledniejszym fizykiem, prawo Newtona wspominam jako coś co było w szkole, acz nie powiedziano mi, do czego może się przydać, więc nie zakodowałam go sobie. O crash testach też niewiele wiem, ale tak sobie myślę, że jadąc 80 km/h (oficjalna wersja, bo a nuż uwielbiana przeze mnie holenderska policja tu zagląda) walnę w oszołoma, który również jedzie ww. przepisową prędkością to...
No właśnie. Jeśli zostanie po mnie marmolada, to pół biedy. Jedyny problem wtedy kto się zajmie Frankiem??? Gorzej gdy zamiast marmolady zostanie warzywko. Nie dość że Franka i tak nie będzie miał kto karmić, to i ja sama karmiona będę.
I tu dochodzimy do sedna. Holandia jest bardzo tolerancyjncyjmym krajem. W niektórych przypadkach rzekłabym, że aż za bardzo (Boże chroń Mossad). Niestety eutanazja, mimo że legalna wcale nie jest taka prosta i oczywista. Nie mam tu dwóch członków rodziny, którzy potwierdziliby/zaakceptowaliby eutanazję. Zaprzyjaźniony lekarz by się znalazł, ale to za mało. Kiszka. Możesz za życia zdecydować, że zostaniesz dawcą organów, ale nie możesz decydować o swojej śmierci albo może raczej agonii za życia.
Warzywom oczywiście to zwisa. Karmią, podcierają, wymieniają rurki z płynami ustrojowymi. Luz blues, w niebie same dziury. Tylko ta myśl, że jesteś, ale cię nie ma... Nie ma cię, ale jesteś...
Coż... pozostaje mi wierzyć, że tak czy siak, kolejnym, trzecim razem znowu będę mieć szczęście. Tak, czy siak.
wtorek, 24 lutego 2015
Speed kimono
Bluzka uszyta już dawno temu, tylko jakoś post mi się zawieruszył. A możliwe, że czekałam na wenę do robienia "samojebek". A ta nawet jeśli się pojawia, to znika z prędkością Suzuki Hayabusa.
Przy tej bluzce poszłam trochę na łatwiznę. W wyścigu bowiem wystąpił przetestowany już u mnie model 128 z Burdy 12/2013. Sprawdzony, bez dużej ilości cięć niszczących wzór, szybki i wygodny w noszeniu.
Bluzka szyta ekspresowo, a może raczej speedwayowo.
Motto projektu - głowami do góry ;)
Dzianina dzianinie nie równa, ta okazała się cieńsza i bardziej elastyczna przez co cała bluzka jest dużo luźniejsza. Nie obyło się zatem bez skracania rękawów.
Trochę się obawiam reakcji przy noszeniu tegoż przyodziewku. Co innego kobiety na traktory, a co innego motory na kobiety.
W każdym razie, mnie się podoba. "Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba".
Przy tej bluzce poszłam trochę na łatwiznę. W wyścigu bowiem wystąpił przetestowany już u mnie model 128 z Burdy 12/2013. Sprawdzony, bez dużej ilości cięć niszczących wzór, szybki i wygodny w noszeniu.
Bluzka szyta ekspresowo, a może raczej speedwayowo.
Motto projektu - głowami do góry ;)
![]() |
| Motory na Loli tu jeszcze w wersji sierocej z przydługimi rękawami. |
Dzianina dzianinie nie równa, ta okazała się cieńsza i bardziej elastyczna przez co cała bluzka jest dużo luźniejsza. Nie obyło się zatem bez skracania rękawów.
Trochę się obawiam reakcji przy noszeniu tegoż przyodziewku. Co innego kobiety na traktory, a co innego motory na kobiety.
W każdym razie, mnie się podoba. "Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba".
wtorek, 17 lutego 2015
Słowa kluczowe 2015_1
Słowa kluczowe takie sobie. Coraz nudniej i bidniej.
- kaboszony po holendersku,
- spódnica taniec brzucha wykrój,
- fotka uchwyciła za dużo... zobacz cze (patrz wyżej),
- walnięte walentynki (no, nie powiem na czasie).
Dla okraszenia postu, w ramach dzisiejszego kociego święta - Franek jako pomysłowy Dobromir:
![]() |
| Najpierw praca koncepcyjna i przygotowywanie projektu "sezamie otwórz się". |
![]() |
Sposób otwarcia drzwi, czyli rozwiązanie zagadki skąd wziął się kot w szafie. |
Dla Franka i innych futrzastych przyjaciół - wszystkiego najlepszego :)
Przygotowujecie kocią imprezę dla swoich kociaków?
niedziela, 8 lutego 2015
Idioci idiotom - ogłoszenia drobne 2015 - część 2
Pracy w drzewek
Biuro pracy .............. w ............. poszukuje osob do pracy w drzewekprosimy o przeslanie swojego cv na adres.......
______________________________________________________
DEMONTOWAC I ROBOTY ZIEMNE
HOLENDERSKIE BIURO PRACY ................ POSZUKUJE DO DEMONTOWAC I ROBOTY ZIEMNEPROSIMY O PRZESLANIE SWOJEGO CV NA ADRES .............
___________________________________________________
Pomidory - z własnym zakwaterowaniem HAGA- z dośw.
Agencja
Zatrudnienia .............wpisana do Krajowego Rejestru Agencji Zatrudnienia
pod numerem....... specjalizująca się w rekrutacji do pracy w rolnictwie.
Dla swojego klienta w Holandii poszukuje osoby na stanowisko :Pomidory - okolice Hagi - z doświadczeniem
Wymagania:
Doświadczenie w pracy na szklarni- warunek konieczny
Gotowość do ciężkiej pracy fizycznej.
Znajomość języka angielskiego w stopniu komunikatywnym będzie dodatkowym atutem.
Gotowość do szybkieg wyjazdu_
_________________________________________
Szukam uczciwej firmy ktora mnie zatrudni.
Witam, jak
w tytule szukam uczciwej firmy ktora mnie zatrudni w charakterze
pomocnika budowlanego lub przy rozbiórkach budowlanych. Praca nie musi
byc koniecznie na umowe. Preferuje tygodniowe rozliczenia. wiecej
informacji udziele telefonicznie......____________________________________________________________
Spotkania integracyjne w Rotterdamie - Zapraszamy
Jestesmy
garstką Polaków któży chcą się wzajemnie integrować. Mamy tagże wiarę w
to że Bóg istnieje i wspiera wszelkie ludzkie relacje.Zapraszamy na coniedzielne spotkania które odbywać się będą w Rotterdamie. Spotkanie zaczyna się prostą i żywą modlitwą, po modlitwie jest krótkie słowo i radosny śpiew. Nastepnie wszyscy rozmawiamy i poznajemy sie na wzajem. To naprawde fajny czas. Jeśli jest ktoś zainteresowany zapraszamy do kontaktu.
Spotkania są dopiero co organizowane. Zapraszamy całe rodziny wraz z dziećmi.
____________________________________________________
Uwaga !!!
Niejaki
Jakub ................ ma żone i dwójkę dzieci w Pl a w Nl uwodzi i
wykorzystuje i finansowo i sexualnie kobiety jest złodziejem który
okrada nawet swoich pracodawców___________________________________________________
Jak najlatwiej skompletowac " Jaropgrafy"*
Wiam
Ludzie. Ma ktos jakis magiczny pomysl jak mozna latwo skompletowac
jaropgrafy z kilku ostatnich lat? Najlepiej, tak zeby nie trzeba bylo
biegac, dzwonic do kazdego z biur dla ktorego sie pracowalo.? Nie
wszystkie tez pamietam zreszta;/. Pomocy i z gory dzieki. *to takie holenderskie PIT-y wydawane przez pracodawcę
____________________________________________________
Poszukuje klubu pikarskiego
mam lat 11 w tym roku 12 narpierw za free._____________________________________________________
A teraz pójdziemy w ogłoszenia matrymonialnopodobne. Tak żenujące, że aż śmieszne.
szukam dziewczyny
witam mam 29 lat wysoki szatyn szkam kobiety z holandi do stalego związku do lat 40 stu milej i sympatycznejStały związek do 40 lat? Dożywocie? ;)
_________________________________________________
jest tu jakas chetna na dobra imprezke? ???
Hej poznam
fajna dziewczyne z ktora moge się napic i zrobic lub wyjsc na impreze
jesli jakas chetna jest niech pisze pozdrawiam ............... Rotterdam,
Schidam _________________________________________________
Ona dla niej
________________________________________________
oddam serce w dobre ręce
na okres próbny;-) mam 28lat 186cm 90kg Haarlem___________________________________________________
Dawca nasienia
Szukam
dawcy spermy do samozapołodnienia. Najlepiej młodego (do 35 roku życia)
zdrowego i zadbanego. Więcej informacji wyślę na maila.
wtorek, 3 lutego 2015
Tutam czyli jak zabić Schaeffera
Święta naiwności, na poprawę humoru postanowiłam iść do teatru. Polskie przedstawienie szuki Schaeffera Tutam w Hadze.
Przyznaję, szłam skażona, bo spektakl w reżyserii Barbary Sas oglądałam w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku z genialną Ewą Kasprzyk i Mirosławem Baką. Wiedziałam, że trudno będzie ich przebić, ale liczyłam na dobrą komedię. No i komedia była, a i owszem, tyle że na widowni. Ludzie robili sobie zdjecia (pewnie po raz pierwszy i zapewne ostatni byli w teatrze). Robili też zdjęcia osobom występującym na scenie (czy mogę nazwać ich aktorami ciągle się zastanawiam) w trakcie ich gry, znaczy się w trakcie ich egzaltowanego miotania się po scenie.
O spektaklu mogę powiedzieć jedno. Trzeba się postarać, żeby zarżnąć taką komedię. Ale jak widać nie ma rzeczy niemożliwych.
Gdańską inscenizację oglądałam dawno temu, w czasach licealnych, ale pamiętam, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie, rozbawiła do łez, a gra aktorów do dziś utkwiła w mojej pamięci. Aktorzy wchodzili w interakcje z widzami, wciągali do gry, sprawiali że przenikanie się światów stawało się jeszcze bardziej ciekawe.
Speklakt w Hadze był... hmmm... żenujący. Choć chyba powinnam zapożyczyć raczej zwrot używany przez postać kelnera - "wkurwiający". Notabene nie przypominam sobie by w pierwszej wersji oglądanej przeze mnie pojawiały się wulgaryzmy, ale może pamięć ma idealizuje gdańską inscenizację, a może mój altzheimer wybiórczy się właśnie odezwał, a może autorzy przedstawienia uznali, że społeczności emigracyjnej należy serwować prymitywny humor, bo innego sobie nie przyswoi.
Mam wrażenie, że reżyser zaingerował w scenariusz Schaeffera, albo po prostu aktor zapomniał nieco tekstu. Dziwna maniera grania i artykulacji zwieńczona wypowiedzianym przez "gwiazdę" tego spektaklu słowem: WSZYSKO dopełniła czary goryczy i rozczarowania. Kto jak kto, aktor powinien mieć perfekcyjną dykcję (BTW polecam podręcznik Bogumiły Toczyńskiej Elementarne ćwiczenia dykcji).
Spektakl był polskojęzyczny, ale dla osób nie władających naszym cudnym językiem wyświetlane były holenderskie napisy. Tyle, że w połowie CUŚ im się popsuło i przez część spektaklu napisów nie było. Totalna amatorszczyzna.
Przepraszam, zdjęć nie ma. Mimo wszystko wpojoną mam pewną atencję do teatru i pstrykanie aktorom, znaczy się osobom przebywającym na scenie, fleszem po oczach wydaje mi się prymitywne. Cóż... jaka widownia taka sztuka. Jaka sztuka, taka widownia.
Dla porównania (możecie nazwać to kopaniem leżącego) fragment znaleziony w necie z gwiazdorską obsadą Joanny Żółkowskiej i Janusza Gajosa.
Czy staram się Was odwieść od wizyty w Hadze i zobaczenia tego spektaklu? Ależ skąd. To bardzo ciekawe zjawisko socjologiczno - turystyczne. Jeśli liczycie jednak na wrażenia kulturalne to zastosujcie się do zalecenia mojej koleżanki ze studiów, która przed obejrzeniem techno inscenizacji Balladyny w Gdyni powiedziała - na trzeźwo nie da się tego oglądać.
Proost!
Przyznaję, szłam skażona, bo spektakl w reżyserii Barbary Sas oglądałam w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku z genialną Ewą Kasprzyk i Mirosławem Baką. Wiedziałam, że trudno będzie ich przebić, ale liczyłam na dobrą komedię. No i komedia była, a i owszem, tyle że na widowni. Ludzie robili sobie zdjecia (pewnie po raz pierwszy i zapewne ostatni byli w teatrze). Robili też zdjęcia osobom występującym na scenie (czy mogę nazwać ich aktorami ciągle się zastanawiam) w trakcie ich gry, znaczy się w trakcie ich egzaltowanego miotania się po scenie.
O spektaklu mogę powiedzieć jedno. Trzeba się postarać, żeby zarżnąć taką komedię. Ale jak widać nie ma rzeczy niemożliwych.
Gdańską inscenizację oglądałam dawno temu, w czasach licealnych, ale pamiętam, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie, rozbawiła do łez, a gra aktorów do dziś utkwiła w mojej pamięci. Aktorzy wchodzili w interakcje z widzami, wciągali do gry, sprawiali że przenikanie się światów stawało się jeszcze bardziej ciekawe.
Speklakt w Hadze był... hmmm... żenujący. Choć chyba powinnam zapożyczyć raczej zwrot używany przez postać kelnera - "wkurwiający". Notabene nie przypominam sobie by w pierwszej wersji oglądanej przeze mnie pojawiały się wulgaryzmy, ale może pamięć ma idealizuje gdańską inscenizację, a może mój altzheimer wybiórczy się właśnie odezwał, a może autorzy przedstawienia uznali, że społeczności emigracyjnej należy serwować prymitywny humor, bo innego sobie nie przyswoi.
Mam wrażenie, że reżyser zaingerował w scenariusz Schaeffera, albo po prostu aktor zapomniał nieco tekstu. Dziwna maniera grania i artykulacji zwieńczona wypowiedzianym przez "gwiazdę" tego spektaklu słowem: WSZYSKO dopełniła czary goryczy i rozczarowania. Kto jak kto, aktor powinien mieć perfekcyjną dykcję (BTW polecam podręcznik Bogumiły Toczyńskiej Elementarne ćwiczenia dykcji).
Spektakl był polskojęzyczny, ale dla osób nie władających naszym cudnym językiem wyświetlane były holenderskie napisy. Tyle, że w połowie CUŚ im się popsuło i przez część spektaklu napisów nie było. Totalna amatorszczyzna.
Przepraszam, zdjęć nie ma. Mimo wszystko wpojoną mam pewną atencję do teatru i pstrykanie aktorom, znaczy się osobom przebywającym na scenie, fleszem po oczach wydaje mi się prymitywne. Cóż... jaka widownia taka sztuka. Jaka sztuka, taka widownia.
Dla porównania (możecie nazwać to kopaniem leżącego) fragment znaleziony w necie z gwiazdorską obsadą Joanny Żółkowskiej i Janusza Gajosa.
Czy staram się Was odwieść od wizyty w Hadze i zobaczenia tego spektaklu? Ależ skąd. To bardzo ciekawe zjawisko socjologiczno - turystyczne. Jeśli liczycie jednak na wrażenia kulturalne to zastosujcie się do zalecenia mojej koleżanki ze studiów, która przed obejrzeniem techno inscenizacji Balladyny w Gdyni powiedziała - na trzeźwo nie da się tego oglądać.
Proost!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






