Post z dedykacją dla
Jenny, która wierzy, że potrafię pisać ;)
Zawsze znajdzie się
ktoś, kto ma monopol na wiedzę. Zwłaszcza po pijaku. Szklani
mędrcy mają to do siebie, że nie widzą niedoskonałości własnego
życia, za to doskonale identyfikują, analizują i rozwiązują
wszelkie problemy. Cudze problemy. Inteligencja butelkowa. Teraz
dopadła mnie rodzina Śmieszków. Wiecie, lubię Kiepskich. Ale na
ekranie. Kiedy wiem, że w każdej chwili mogę wyłączyć
telewizor. I w dawce max jeden odcinek na rok. Pan Śmieszek po pijaku zawsze znajduje sobie jakąś
„ofiarę”, której ukazuje wszelkie jej niedoskonałości. Polaki
pijaki, szum pawich piór. Nie wiem czy żona mnie zostawiła, bo
zacząłem pić, czy zacząłem pić, bo żona mnie zostawiła.
Boże... ilu ich znam...
Tyle razy
obiecywałam sobie, że więcej do nich nie pojadę. I teraz też
zastanawiam się po cholerę mnie tu przyniosło. Polskości widać
mi się kurwa zachciało. No to mam... wieczorną porcję polskości.
- Wiesz co ci
powiem? - pan Śmieszek dopada mnie jako dzisiejszą ofiarę. Jeszcze
nie wiem co mi powie, ale na pewno nie będzie to nic przyjemnego.
- Bo powinnaś mieć
już własną rodzinę. Znajdź sobie w końcu jakiegoś normalnego
faceta. I nie szukaj super ciacha. Zwykły, normalny. Uroda to nie
wszystko. Ile ty masz lat? No wybacz, że to mówię, ale już
najwyższy czas, żebyś miała rodzinę no i dzieci. Dzieci to
największy skarb.
Przerwa w monologu na łyk piwa. Głośne bulgotanie przełykanego prosto z butelki
chmielowego objawienia.
- Wiesz, jak ja nie
znałem jeszcze Hanki to też nie myślałem o zakładaniu rodziny.
Poznałem, moją obecną żonę, taka niepozorna dziewucha z
plecaczkiem była. Przyszła na pierwszą randkę z piwem w ręku,
plecakiem i dżinsach... No gdzie ja bym wtedy pomyślał, że...
Gośka, ja ci przecież dobrze życzę. I mówię to dla twojego
dobra. Znajdź sobie faceta. I przestań szukać Holendra. Możesz
sobie poszukać Polaka... Spójrz na mnie...
Spoglądam. Jestem
trzeźwa, więc nie odpowiadam. Nie reaguję. Zaciskam zęby.
Zaciskam pięści i wychodzę na papierosa.
Ciepły wieczór. Zapach skoszonej trawy. A może liści. A może ziemi. Opieram się o ścianę i zaciągam
papierosem. Jest zbyt późno, żeby wracać do domu, jestem zbyt
zmęczona. Będę musiała zatem wrócić do środka i wysłuchiwać
kolejnych porcji trutek dopóki pan tego domu nie padnie zmorzony
alkoholem.
Zapalam kolejnego
papierosa. Odsłaniam się dymem od własnych myśli. Mam 40 lat.
Nie rodziłam. Nie roniłam. Nie usuwałam. Mój ostatni związek tak
naprawdę nigdy nie był związkiem. Może i mój szanowny kolega ma
rację. Może i powinnam mieć rodzinę. Czemu zatem nie mam?
Zapytajcie Pana Śmieszka, on na pewno ma na to odpowiedź. Zwłaszcza
dzisiaj.
Zastanawiam się jak
będzie wyglądało jej życie za jakieś 15 lat kiedy będzie w moim
wieku. Nie będzie samotną kobietą. Będzie miała rodzinę,
dzieci, ale czy będzie szczęśliwa.
Może będzie.
Pojęcie szczęścia jest bardzo rozciągliwe. Jak guma w majtkach.
U Felixa w
przedszkolu znowu się dojebali, że nie mówi. No i co, że nie
mówi. Ma czas. Nie mówi, bo mu się języki mylą.... Pojebani...
A ile właściwie
Felix ma lat?
Za trzy
miesiące będzie miał cztery. On mówi, ale po swojemu – Hanka
wypuszcza z płuc rakotwórczą osłonę dymną – A my przecież
nawet kupiliśmy mu yorka za 2000 zł. Bo dzieci rozwijają się
lepiej ze zwierzętami.
Kusi mnie, żeby
powiedzieć, że teraz mały nauczy się szczekać. Skóra, fura i
pies za 500 Euro... Ale nie komentuję, bo i tak odebrane to będzie
tylko jako zawiść.
A co właściwie
powiedziały przedszkolanki? - pytam, żeby odejść od tematu
szczekającego logopedy.
Nooo... że nie
mówi i że trzeba go przebadać. A co on jakiś głupek jest, żeby
go badać? Przecież jest normalny to na chuj go badać? Pojebani i
tyle. Przyjebali się, bo jesteśmy Polakami...
Myślę sobie, że
to chyba pierwszy przypadek w Holandii troski jako objawu
dyskryminacji. Nie znam się na dzieciach, ale wydaje mi się, że
czterolatek powinien mówić więcej niż: mama, tata, daj, chodź i
to nie tata... Ale może się nie znam... Z drugiej strony... gdyby
mały miał tak pieprzyć jak jego ojciec... to faktycznie niech
lepiej nic nie gada. Taaa... „dzieci to największy skarb” zaraz
po yorku za 2000 złotych.
Gaszę papierosa i
wracam. Nie zdążyłam zamknąć drzwi i już słyszę:
Nie przeczę.
Powinnam. Ale nie mówię. Do codziennej, całkiem sprawnej
egzystencji wystarcza mi angielski.
Nie komentuję... W
końcu na Śmieszka czekała z zaproszeniem sama królowa, maserati
i czerwone dywany. Na końcu języka mam jednak, że jak
szukali mieszkania w necie to musiałam im pomagać, bo mówiący po
holendersku Śmieszek nie był w stanie rozpoznać elementarnych słów
pisanych jak „slaapkamer” czy „douche”. Intieligientni ludzie
nazywają to analfabetyzmem. Gadać byle gadać, to i papugę można
nauczyć, ale czytanie i pisanie to już wyższa
szkoła. Ale nie komentuję. Dyskusja z pijanym jest jak
przekonywanie drzewa, żeby się przesunęło. Na szczęście mistrz
językowy w końcu zostaje pokonany procentami. Z lekka się
zataczając i bekając przetacza się do sypialni.
Kiwam potakująco
głową. Wypijamy po kieliszku wina prawie w milczeniu i idziemy
spać. Jutro też jest dzień... Jak mawiała Scarlet O'hara.
Następnego dnia
budzi mnie opętańczy świergot ptaków. Poranna zmowa wróbli,
srok, sikorek czy tam innych skrzydlatych stworzeń. Nie ma sensu z nimi
walczyć. Nie zasnę już. Ubieram się po cichu. Nie chcę budzić
domowników. Hanka jednak krząta się już po kuchni. Błogosławiony niech
będzie łyk pierwszej kawy...
Wcześnie
wstałaś – rzucam.
Mały w nocy
marudził.
Jak Śmieszek?
Śpi. Musiałam
wczoraj koniak schować, bo by wychlał. Ojcu na urodziny kupiliśmy.
Dlaczego ludzie
piją? Dlaczego tacy szczęśliwi ludzie piją? Ma prace, ma dom,
wypasiony samochód, którego zazdroszczą mu Holendrzy, szczęśliwą
rodzinę, „skarb” czyli dzieci, nawet psa w modnej i ekskluzywnej
wersji? To czego brak? To co jest nie tak? Przerost ambicji nad
możliwościami czy obciążenie genetyczne? To nie mój problem.
Każdy żyje i stacza się tak jak chce, albo potrafi.
Raczymy się właśnie
drugą kawą, gdy do pokoju wtacza się, słaniając się lekko pan
tego domu.
Rozgląda się
błędnym wzrokiem po pomieszczeniu mobilizując się do zadania
pytania. W końcu z jego gardła wydobywa się charkot:
Jest jakieś
piwo?
Wczoraj
wszystko wychlałeś – krzyczy Hanka z kuchni.
Ciiiiiiiszej...
kobieto... - Śmieszek krzywi się mrużąc jednocześnie oczy –
na pewno coś schowałaś na dzisiaj...
Kawę możesz
dostać – z kuchni dobiega kolejny, jeszcze głośniejszy okrzyk.
Leszek krzywi się
ponownie i wychodzi. Długi, chudy i przygarbiony. Hanka wybucha
śmiechem.
Zastanawiam się po
raz kolejny czemu dwudziestoparoletnia dziewczyna związała się z
facetem dwa razy od niej starszym. Co w nim widziała? Co jej
imponowało? Czemu? Dlaczego? Po co? Po raz kolejny nie wiem.
Śmieszek wkracza na
scenę ponownie koło jedenastej.
To co? Masz
jakieś piwo? - rzuca Hance błagalne spojrzenie przekrwionych oczu.
Przecież ci
kurwa mówiłam, że wszystko wypiłeś wczoraj. Ślepy jesteś? Nie
widzisz pustych butelek? - Hanka macha ręką w stronę kontenera z
pustymi butelkami i worka pełnego puszek po piwie.
Leszek przysiada na
krześle chowając głowę w rękach. Siedzi tak jakieś dziesięć
minut nie zwracając nawet uwagi, że Felix dźga go plastikowym
pistoletem w plecy.
Nie
pojechałabyś do sklepu po piwo – podnosi głowę i patrzy się
na mnie.
Gdzie? W
niedzielę??
Myślałem, że
jest sobota.
Sobota..
sobota... Jeden dzień ci, kurwa z życia wyleciał. Może piątek,
co? Miałbyś więcej czasu na chlanie, co? - Hanka wtrąca się do
naszej rozmowy – Feeeeeeeeeeeliiiiiiiiiiiiiix – krzyczy
znienacka – zostaw ojca. Nie widzisz, że jest chory?
Felix przygląda
się Śmieszkowi wnikliwie i na koniec tej obserwacji dźga go z
całej siły pistoletem w nerki. W ostatniej chwili hamuję się,
żeby nie parsknąć śmiechem.
A koniak? -
Śmieszek wydaje się jakby nieco przytomniejszy. Nie wiadomo, czy
za sprawą leczniczego działania akupresury Felixa z użyciem
pistoletu czy myśli, która właśnie zrodziła się w jego głowie.
A koniak to w
piątek już opróżniłeś – Hanka łże koncertowo.
Nieprawda - w
Śmieszka wstępuje duch bojowy wspierany dojrzewającym kacem i
wizją butelki koniaku – wczoraj jeszcze stał w kredensie.
A chuja stał...
Jak stał to gdzie jest? Wychlałeś i nawet nie pamiętasz.
Moczymordo.
Schowałaś...
Przyznaj się gdzie?
Hanka krząta się
po kuchni nie reagując.
No gdzie
schowałaś? - Śmieszek podnosi się i zaczyna otwierać szafki
przetrząsając zawartość z ubraniami, bielizną, pościelą.
Część rzeczy wypada na podłogę. Na półkach robi się kipisz.
Felix widząc działania ojca otwiera kolejne i zaczyna robić to
samo... Kolejne ciuchy, ręczniki, poszewki lądują na podłodze.
Hanka nie wytrzymuje
i z kuchennej szafki wyciąga opróżnioną do połowy butelkę.
Stawia ją na stole z głośnym stukiem.
Śmieszek sięga z
nabożeństwem po butelkę i nalewa sobie koniaku do kieliszka.
Wypija go jednym haustem. Tym razem żaden diabeł nie wyskoczył z
kieliszka.
Hanka w kuchni
głośno trzaska pokrywkami. Po chwili prawie płacząc wychodzi na
papierosa. Wychodzę razem z nią. Przypalam jej papierosa. Zaciąga
się głęboko i powoli uspokaja. Wypalamy w milczeniu i wracamy do
środka.
Szczęśliwe,
spokojne, rodzinne niedzielne przedpołudnie. Dochodzi dwunasta. Do
domu mam godzinę jazdy. Zbieram swoje rzeczy i postanawiam jechać.
Widzisz...
Gośka już przez ciebie ucieka – Hanka rzuca w stronę Śmieszka
– Wczoraj też ładnie się popisałeś. Głupoty opowiadałeś.
Niedługo nikt do nas nie przyjedzie.
Yyyy... noo...
- Śmieszek zbiera myśli w sobie, ale z pustego to i Śmieszek
nie naleje.
Wracam do domu.
Sama. W domu czeka na mnie jedynie kotka Franek. I cieszę się, że nie plącze mi się po życiorysie facet, dzieci ani żadna inna kula u nogi. AMEN.