Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że od jakiegoś czasu jestem wielbicielką wszelkiej koreańskości. I tak oto 11 września trafiłam do Grote Kerk w Hadze na Korean Festival 2026, organizowany przez Ambasadę Republiki Korei.
Już samo miejsce robiło wrażenie. Monumentalne wnętrze starego kościoła, a w środku koreańska kultura, smaki, dźwięki i zapachy. Trochę nieoczywiste połączenie, ale właśnie dlatego działało.
Największym wydarzeniem był dla mnie oczywiście pokaz taekwondo. Nie bardzo wiem czemu, ale zakodowało mi się w czerepie, że wystąpi jakaś grupa z okolic Hagi. Ot, zwykły klub sportowy. Podczas pokazu zaczęłam się jednak zastanawiać, skąd ci „chłopcy z Holandii” mają taki poziom. Sprawność, technika, perfekcyjna organizacja — wszystko było o kilka półek wyżej, niż się spodziewałam. To nie był zwykły pokaz. To było SHOW. Muzyka idealnie zsynchronizowana z ćwiczeniami, epicka, grająca na emocjach. Wiecie… przez chwilę człowiek czuje się trochę jak w scenie z „Gladiatora”. Do tego świetny kontakt z publicznością i całość przygotowana tak, że trudno było oderwać wzrok.
Trochę tylko dziwiło mnie, że lokalny klub prezentuje aż taki poziom, skąd oni wynaleźli w Hadze tylu Koreańczyków i dlaczego po wszystkim ludzie ustawiają się po autografy. Dopiero po powrocie do domu wygooglowałam, kogo właściwie miałam przyjemność oglądać.
Kukkiwon Taekwondo Demonstration Team. Czyli pokazowa drużyna Kukkiwon — światowej centrali taekwondo. No cóż. Moja własna mała komedia pomyłek.
Korea to oczywiście nie tylko taekwondo. Korea to także kosmetyki. I tak, oczywiście nie obyło się bez zakupów. Wiadomo. K-beauty. Są the best i nie zamierzam nawet udawać, że potrafię przejść obok takich stoisk obojętnie.
Korea to także jedzonko. Eeech… jedzonko. Udało mi się wreszcie spróbować koreańskiego corn doga. Parówka w cieście, ketchup, musztarda i… cukier puder. Brzmi podejrzanie? Trochę. Smakuje dobrze?O dziwo — bardzo. Jakim natomiast cudem udało mi się przegapić bungeoppang — ciastka w formie rybek wypełnione słodką pastą z czerwonej fasoli — naprawdę nie wiem.
Spędziłyśmy tam prawie cały dzień, stoiska mijałyśmy kilka razy, więc najwyraźniej spłynęła na mnie pomroczność jasna. A szkoda. Od czasu kiedy oglądałam, jak Kwak Dong-yeon przygotowuje je w „The Village Barber” z Park Bo-gumem, bardzo chciałam ich spróbować.
BTW — sam Park Bo-gum też był tego dnia obecny. No, powiedzmy… w wersji ekranowej. To właśnie on był twarzą promocyjnych filmików reklamowych emitowanych na ogromnych telebimach w przerwach między kolejnymi punktami programu. Co się odwlecze, to nie uciecze. Bungeoppang następnym razem. Kto wie, może nawet z Kwak Dong-Yoen, Park Bo-Gum lub...eeeh...pomarzyć dobra rzecz.
Był też pokaz przygotowywania baek kimchi, czyli białego kimchi. Niby nic zupełnie nowego dla kogoś, kto już sam bawi się w robienie kimchi, ale podpatrzyłam kilka trików, które na pewno wykorzystam przy następnej partii.
Były warsztaty rękodzielnicze. Gotowy wachlarz można było samodzielnie pomalować, ozdobić koralikami albo stemplami. I ja tam byłam i wachlarz sobie zrobiłam.
Muzycznie też było bardzo różnorodnie. Zagrała koreańska grupa jazzowa Heung, a później wystąpił kwartet wokalny, który obok bardziej znanego repertuaru pojawiły się również koreańskie utwory, które w monumentalnym wnętrzu Grote Kerk brzmiały naprawdę pięknie.
Cały festiwal był zresztą większy, niż się spodziewałam. Oprócz koncertów i pokazów były stoiska z jedzeniem i kosmetykami, koreańskimi produktami, warsztaty, gry, strefy fotograficzne i finał konkursu kulinarnego.Czyli kilka godzin Korei bez konieczności kupowania biletu do Seulu.
Na koniec ogromne podziękowania dla Ambasady Republiki Korei i wszystkich osób zaangażowanych w organizację wydarzenia za kilka godzin naprawdę świetnej rozrywki.
Dziękujemy i… prosimy o więcej!
감사합니다!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz